Episode III – Trasa Pierścienia

W kolejnym epizodzie miałem sobie darować Tolkiena, ale jakoś nie mogę się rozstać z jego baśniowym światem. Jednak czym skorupka za młodu… Pamiętam, jak mój tata przytargał do domu wielką cegłę i wręczając mi ją oznajmił, że mam kilka wieczorów z głowy. Kilka??? Ojciec! Do dzisiaj pamiętam, jak spojrzałem na tę książkę i pomyślałem, że dni mi zabraknie na przeczytanie tego. Dwa dni później już go molestowałem o kolejne tomy.. Hobbici, Silmarillion. A potem zespół Marillion i klub Fugazi.  I tak w moim życiu bajkowy świat miesza się ze światem rzeczywistym, czasami chyba nawet lepiej, że do końca nie wiem, który jest który…

Weźmy na przykład naszą niekulawą podróż z kulawymi motocyklistami, z których jeden ma na nazwisko Kulawski. Tolkien byłby z nas dumny i chyba nawet sam by nie wymyślił takiego scenariusza. Tu mała dygresja dla tych, którzy nie czytali wcześniejszych wpisów: kulawi to określenie niepełnosprawnych, które zaczerpnąłem z ich języka. Takie jedno niewinne słowo, a nauczyło mnie o nich więcej niż do tej pory wiedziałem. Kocham ten ich dystans, poczucie humoru i przyjmowanie na klatę tego, co daje życie. To przecież oni pokazali mi, że wypadek, trwałe uszkodzenie ciała, ciężka choroba czy inne zdarzenie to nie koniec drogi. Bo przecież kompas dalej działa, paliwo dalej krąży w żyłach, a że czasami trzeba zjechać z autostrady? Może to i lepiej. Jadąc wolniej można więcej zobaczyć, a na bocznych drogach dzieją się rzeczy o wiele ciekawsze. Sam tego doświadczyłem na niemieckiej Romantische Straße i doświadczam tego co dzień, od kiedy zadałem sobie pytanie:

Dokąd biegnę, dokąd biegnę?
Nie wie nikt, nie wie nikt
Dokąd gnam?!

TSA- Maratończyk

 

A, że idąc bocznymi drogami dochodzi się do celu pokazał nie kto inny, jak nasz ulubiony kurier Frodo Baggins, dostarczając cenną przesyłkę wprost do odbiorcy. No może nie wprost, musiał trochę improwizować zanim skończył robotę. Pamiętajmy więc, że „są inne drogi, inne ścieżki”, wyścig zostawmy szczurom a górę przeznaczeniu.  Nie każdy jest kowalem pierścieni za to każdy jest kowalem losu, więc nikt nie będzie za nas decydować, czy gramy dalej czy pas. A na pewno nie za Roberta:

 

Wracamy do podróży (mam nadzieję, że to czytasz, wujku Tolkienie), której planowanie sprawia mi coraz większą przyjemność, bo ciągle coś mnie zaskakuje. Chociażby pierwszy nocleg, połączenie moich pasji w jednym miejscu- węgierski pensjonat o wszystko mówiącej nazwie Magyar Route 66. Magyar Route 66

Zgadnijcie, co jest na zdjęciu facebookowej strony tego pensjonatu? Wujek Tolkien wie? Nie, nie hobbici! Podpowiem- na zdjęciu jest motor. Czerwony motor. TAAAAAK! Właśnie TEJ marki. I tak właśnie wszystkie trybiki tej machiny, która kręci naszym losem zaczynają pięknie współpracować ze sobą, a jedyny zgrzyt jaki słychać to zgrzyt zmiany biegów w moim Ducati. Uwierzcie, że można ten zgrzyt pokochać…
Pierwszy dzień trasy zapowiada się więc jako Route Ring 66. Będę miał znowu swoją ukochaną Amerykę i to bez latania przez ocean. Też z Harleyem i też z Parkiem Narodowym, tym razem w wersji słowackiej. I w wersji, za którą przyznaję trasie dodatkową szóstkę- Park Narodowy „Słowacki Raj” przypomina o tym, że przed nami Droga Przeznaczenia, demony do pokonania i coś do spalenia.
Etap zwany dalej Route Ring 666 liczy 310 km i wygląda następująco:

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Episode III – Trasa Pierścienia”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: