Archive for the Indie 2016 Category

Indie 2016

Posted in Indie 2016 on Kwiecień 15, 2017 by podrozemotocyklowe

Kończył się rok 2016, kolejny miesiąc pracowałem w zasadzie bez dłuższej przerwy. W połowie października kończyliśmy jeden z projektów, więc listopad i początek grudnia zapowiadał się dla mnie wolny. Szybka decyzja- jadę. Decyzja trudniejsza- gdzie? Na pewno tam, gdzie ciepło i w miarę blisko. Maroko? Byłem w zeszłym roku, więc odpada. I wtedy pomyślałem o kraju, który fascynował mnie od dawna, był tajemniczy, mistyczny, majestatyczny. Tak, jadę do Indii, dotknąć w końcu magii, wrócę uduchowiony, może nawet oświecony. Z tą myślą rzuciłem się w wir przygotowań do wyprawy. Przede wszystkim musiałem znaleźć motocykl, którym będę przemierzał kraj Buddy. Piszę w pierwszej osobie, ponieważ ruszałem sam. Każdy z kim rozmawiałem chętnie by się zabrał, ale nie w tak ekspresowym tempie wyjazdu. No cóż, ja z kolei nie mogłem czekać,  najpóźniej 10 grudnia musiałem być z powrotem. Jedyne motocykle w tym terminie i w rozsądnej cenie znalazłem w Bangalore, trzecim co do wielkości mieście w Indiach. Oto, co na mnie czekało w wypożyczalni motocykli HWY Rider:

 

Wybór padł na model Classic Desert Storm o pojemności 499 cc i mocy 27KM, bez problemu osiągający prędkość 130 km/h. Motocykl na moją prośbę doposażono w zapasową linkę sprzęgła, a szef wypożyczalni przygotował mi listę miejsc wartych odwiedzenia w trakcie podróży. Po dopełnieniu formalności wizowych i rezerwacji biletów lotniczych, pozostało mi tylko odliczać dni do wyprawy. Postanowiłem iść na żywioł, jeśli chodzi o trasę, więc nie musiałem szczegółowo planować każdego dnia. Miałem tylko jedno założenie- jechać przed siebie, poznawać ludzi i kraj, który się albo kocha albo nienawidzi. Ja już kochałem za sam fakt, że zaraz się tam znajdę i  przeżyję kolejną przygodę na motocyklu. W dodatku ta magia! Czego chcieć więcej?

24 listopada 2016 w nocy wylądowałem w Bangalore i po nocy w niezbyt ciekawym hoteliku zjawiłem się pod siedzibą wypożyczalni. Motocykl czekał na ulicy, po założeniu nowego akumulatora (stary odmówił współpracy) i zapakowaniu gratów, co zabrało nam ładną część dnia, ruszyliśmy do punktu pomiaru spalin, małej budki przytulonej do pobliskiej stacji benzynowej. Każdy pojazd w Indiach musi mieć aktualne badania składu spalin i wozić je przy sobie. Po dopełnieniu tej ostatniej formalności, pożegnałem się z szefem i pilnując wskazań GPS wyruszyłem w nieznane. Kierowałem się do hotelu po drugiej stronie miasta, w którym zamierzałem spędzić noc. Każdy, z którym rozmawiałem przestrzegał mnie przed jazdą w nocy, wręcz odradzał ze względów bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o mnie i moje poczucie bezpieczeństwa, w zasadzie powinienem skończyć podróż już teraz. Wokół mnie poruszało się coraz więcej pojazdów, dowolnie zmieniających pasy, wyprzedzających się z każdej strony, nie zwracających najmniejszej uwagi na innych. Stanąłem na światłach w tłumie skuterów, motocykli, rowerów, riksz, autobusów, ciężarówek, wszystkiego, co może się przemieszczać. I w czym można zamontować klakson, bez którego indyjski kierowca nie istnieje. Trąbi tu każdy na każdego, zawsze i wszędzie, chyba tylko w jednym celu.

„Trąbię, więc jestem.”

” Jestem, więc trąbię.”

„Trąbię, więc trąbię.”

„Trąbić, czy nie trąbić? Oto nie ma pytania”.

Filozofia klaksonu, medytacja klaksonu, oświecenie klaksonem. Tego wszystkiego dotknąłem w pierwszych godzinach mojej podróży. Chciałem magii, to mam. Dojechałem do hotelu mając na drugie imię Klakson. Na motorze marki Klakson. Hotel nazywał się Klakson. Byłem wykończony….  Zaparkowałem przed hotelem, rzuciłem bagaże do pokoju i ruszyłem w miasto w poszukiwaniu bankomatu. Nie wiedziałem jeszcze, że denominacja, którą w tych dniach przeprowadzał rząd indyjski została w nagłówkach gazet określona jednym słowem. Chaos..

W Indiach trwa finansowy armagedon. Wielogodzinne kolejki przed bankami, bankomatami i kantorami doprowadzają ludzi do furii.”, „Miliony ludzi w kolejkach przed bankami w Indiach oczekują na wymianę banknotów o najwyższych nominałach, unieważnionych przez rząd. Nad chaosem usiłują zapanować oddziały paramilitarne.”, „Chaos w Indiach. Rząd wycofał część banknotów, ludzie szturmują banki”

  To tyle, jeśli chodzi o moje karty do bankomatu, wracam do hotelu. Jak tak dalej pójdzie, to zacznę medytować szybciej, niż myślałem. Ale, jak wiemy- przyroda lubi równowagę, więc pasmo moich nieszczęść skończyło się pod hotelem. Dokładnie obok mojego Royala, gdzie zaparkował nie kto inny, jak Harley Davidson Sportster, młodszy brat mojego Sporciaka. Właściciel okazał się fanem ciężkiej muzy, komputerów, no i oczywiście jazdy motocyklem. Poważnym tonem tłumaczył mi zasady jazdy na indyjskich autostradach, na mniejszych drogach, bardzo stanowczo prosił mnie, żebym nie jeździł w nocy, a w dzień był czujny jak ważka. Dzięki tej rozmowie następnego dnia nie zdziwiło mnie nic, co zobaczyłem . Wieczór zakończyłem wyjątkowo smakującą herbatką i udałem się na zasłużony odpoczynek. Nie będzie łatwo, pomyślałem…

 

Rano pobudka, szybkie śniadanko i w drogę. Po wczorajszej rozmowie z kolegą motocyklistą opracowałem następujący plan: autostradą na północ, do miasta Dharwad, potem skręt na zachód w stronę GOA i nocleg na terenie Parku Narodowego Mollem. Z mapy wychodziło lekko ponad 500km, co jak się później okazało było do zrobienia każdą autostradą, tylko nie indyjską. Wszystko, o czym z niedowierzaniem słuchałem wczoraj, okazało się prawdą. Ciężarówki jadące pod prąd, piesi co chwila wchodzący pod koła czy wyprzedzanie z każdej strony. Jedno było dla mnie zaskoczeniem- spowalniacze na drodze w postaci fali na asfalcie. Tak jakby postawić jeden za drugim 10 „śpiących policjantów”, na które wjeżdża się z prędkością 100km/h. Oczywiście przeszkody tej nie zauważyłem, co skończyło się nagrodą główną w „Indian Rodeo”– urwaniem mocowania kamery GoPro. Skończyło się kontemplowanie widoków, zaczęło się skanowanie każdego metra drogi przede mną. Rzuciłem ręcznik po 300km, kiedy miałem już dosyć jazdy. Zacząłem myśleć, gdzie położyć moje styrane podróżą zwłoki, gdy nagle zobaczyłem przed sobą budowlę nijak nie pasującą do krajobrazu. Ekskluzywny hotel Aaporva Resort, położony wśród palm, który wynagrodził mi wszelkie trudy minionego dnia. Basen, kolacja w restauracji, której ściany zdobiły sceny przeniesione z autostrady, wieczór z indyjską tv.

Kolejny dzień zacząłem akcją „trytytka”. Musiałem naprawić mocowanie kamery oraz pasek do tankbaga, który przypalił się o kolanko wydechu. Podczas wczorajszego tankowania zsunąłem tankbag na bok, zajęty płaceniem nie zwróciłem uwagi, że topi się pasek. Na szczęście miałem, co trzeba i mogłem jechać dalej. Odporny na klaksony, zaprawiony w indyjskim rodeo, byłem gotowy na zjazd z autostrady. Po pierwszych kilometrach lokalną drogą stwierdziłem, że jednak nie byłem gotowy. Po kolejnych, że długo jeszcze nie będę gotowy. Wieczorem byłem pewien, że gotowy nie będę nigdy. Autostrada, co by się na niej nie działo, miała jedną zaletę: mogłem z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że nie grozi mi czołowe zderzenie. Tutaj mogłem, a w zasadzie powinienem założyć, że zza każdego zakrętu wyjedzie ktoś na moim pasie. Moim? No tak, moje mogło być najwyżej pobocze. Z tego przywileju musiałem kilka razy skorzystać, ratując się ucieczką przed staranowaniem. Na indyjskich drogach zawsze ktoś kogoś wyprzedza, zawsze większy mniejszego i zawsze wtedy, kiedy ma na to ochotę. Nie ważne, że na zakręcie, nie ważne, że ktoś jedzie z na przeciwka. Ten ktoś, to ja, podążający lewym skrawkiem asfaltu, czujnie obserwujący pobocze, w każdej chwili gotowy do ucieczki. Dla pełnego obrazu sytuacji muszę dodać jeszcze jeden element: krowy, którym na drogach wolno wszystko. Spać również. W takich oto okolicznościach przyrody miałem spędzić w siodle najbliższe dwa tygodnie. Perspektywa kusząca, ale kusząca chyba tylko mój marny, podróżnika los. Ale nie przyjechałem tu, żeby się mazać, tylko zwiedzać motocyklem kolejny kraj, więc pora skupić się na jeździe. Przykład przyszedł z boku, z mojego prawego zresztą, kiedy najpierw usłyszałem, a zaraz potem zobaczyłem idącego jak burza Royala. . Akurat zaczęły się konkretne winkle, ze szkolnego autobusu przede mną wychylały się mniej odporne dzieci, walcząc z chorobą lokomocyjną. „Nie mam najgorzej”- pomyślałem i dodając gazu ruszyłem za motocyklem. Jeśli on może wyprzedzać na zakrętach, mogę i ja. Jeśli on może dodać gazu, mogę i ja. Jeśli on jeździ tu od urodzenia, to ja się urodziłem właśnie tu i teraz. Wiedziałem, że będzie magia, ale żeby tak szybko zaczął się proces Obudzenia? Może nawet Oświecenia???

„Duchowe oświecenie to nie jest stan, który można ująć w jedną definicję, tutaj grają wspólnie rolę różne doświadczenia jakich człowiek doświadcza w swoim życiu i w ten sposób osiąga własny, wysoki potencjał swojej świadomości. To jest już praca na wąskiej ścieżce. Czym ta ścieżka węższa i naznaczona ciężkimi próbami, tym ta osoba odnajduje większy sens swojego istnienia.”

Więc jednak! Wystarczyło zjechać z autostrady!!! W takim razie chcę więcej tych ciężkich prób, ale to może jutro, bo właśnie dotarłem do Mollem,  gdzie miałem zarezerwowany nocleg w Dudhsagar Spa Resort. Wjechałem przez bramę, minąłem strzeżony parking i zaparkowałem przed domkiem. Mimo, że byłem Obudzony, postanowiłem wcześnie położyć się spać. Następnego dnia chciałem dotrzeć na rajskie plaże GOA, gdzie planowałem osiągnąć kolejny poziom. Nie mogłem mieć nawet bladego pojęcia, jakie plażowiczki będą tam na mnie czekały. Teraz wiem, że pani z telewizora wiedziała więcej ode mnie…

 

Wiele lat wcześniej, zanim hipisi przenieśli się na indyjskie plaże, amerykański pisarz i filozof Robert Pirsig publikuje książkę pt. „Zen i sztuka obsługi motocykla”, ang. Zen and the Art of Motorcycle Maintenance”. Sam autor tak ją przedstawia: „Historia ta oparta jest na rzeczywistych wydarzeniach i cho­ciaż ze względów retorycznych wiele uległo zmianom, powinna być traktowana jak prawdziwa. Niemniej nie powinna ona być w żaden sposób wiązana z bogatą faktografią ortodoksyjnego buddyjskiego wierzenia Zen. Nie jest ona także książką o mo­tocyklu.” Podróż motocyklem przez Amerykę stała się pretekstem do rozważań filozoficznych nad wartościami w życiu. 42 lat później publikuję opis wyprawy do Indii, która jak każda z moich podróży nie służy tylko nawijaniu kilometrów, o czym niejednokrotnie wspominałem. Taka karma, w Ameryce na długich prostych można przysnąć, w Indiach można się Obudzić. Tak naprawdę, żeby dojechać do celu trzeba się obudzić i jechać z szeroko otwartymi oczami. Być uważnym, nie panikować, zrozumieć to, co się dzieje na drodze. Prawda, że podobnie jak w drodze przez życie?  Tak rozmyślając podążam dalej ścieżką, która prowadzi w coraz bardziej malownicze okolice. Mały ruch i doskonały asfalt powodują, że dwie godziny później parkuję przed Seastar Resort w Agondzie. Po krótkich negocjacjach cenowych lokuję się w domku na podwyższeniu, z widokiem na morze. Pora na zasłużony plażing, rozpuszczam włosy i ruszam na spotkanie z hipisami. Po drodze mijam, zgadnijcie kogo? Tak, krowę. Spotykam Rosjan tankujących skuter na lokalnej stacji benzynowej i wchodzę na plażę. Jest dobrze, wita mnie zachód słońca, bracia i siostry „hippie” gdzieś tu są, zostawili znak w postaci serca na piasku. Idę dalej…i co widzę??? Plażing zamienił się w krowing! Gdzie medytacja, gdzie Tai Chi, gdzie Buddha Bar? Jest medytacja, dosłownie jedna. A zwrot „leżeć plackiem na plaży” nabrał od dzisiaj nowego znaczenia. Wracam do mojego domku, napić się herbaty z kubka, który dostałem od szefa.

To była piękna noc. Morze szumiało, temperatura powietrza ok. 20°C, więc jak na koniec listopada całkiem znośna. Rano zjadłem śniadanie i napiłem się p0rządnej kawy espresso. Wiedziałem, dokąd mam się udać, ponieważ ta nazwa pojawiała się w każdej rozmowie z mieszkańcami. Jadąc na północ drogą nr. 66 wzdłuż wybrzeża, trafiłem do  miejscowości Gokarna, znanej głównie z plaż i świątyń. Jest to jedno z siedmiu miejsc hinduskich pielgrzymek, ja jednak skupiałem się na kontemplowaniu przyrody, w tym wyjątkowych, skalistych zatok. Jedną z nich można podziwiać z tarasu  Namaste Cafe, do której podobno pielgrzymują miłośnicy dobrego jedzenia. Nie mnie oceniać jego jakość, ponieważ kuchnia indyjska w ogóle mi nie pasuje. Chociaż, kiedy zszedłem w nocy na plażę, zastałem przy stoliku czwórkę młodych ludzi z Bangalore, którzy biesiadowali przy zastawionym stole. Poczęstowali mnie rożnymi specjałami i muszę powiedzieć, że nie było to złe. Grunt, to wiedzieć, co zamówić. Ja to miejsce zapamiętam głównie z nocnego schodzenia po skąpo oświetlonych schodach do restauracji, która, choć  dawno już zamknięta, oferowała całodobowe danie specjalne: darmowe wifi.

Miejsce to, choć całkiem miłe dla oka, opuszczałem bez żalu. Postanowiłem dalej penetrować plaże GOA. Nie szukałem rozrywkowych i głośnych miejsc, wręcz przeciwnie. W Namaste Cafe spotkałem kilka imprezowych ekip, ale ja chciałem pobyć sam. Tworzyłem jednoosobowy zespół wyprawowy. Nie musiałem nic z nikim ustalać, planować, konsultować, pilnować się grupy czy kontrolować w lusterkach obecność za mną. Po raz pierwszy jechałem w pojedynkę i zacząłem doceniać tego dobre strony. Mogłem ustalać dowolne tempo jazdy, mogłem jechać gdziekolwiek, robić cokolwiek, czy nie robić nic. To był mój czas, moja droga, moje decyzje, których konsekwencje ponosiłem tylko ja. A teraz szukałem spokojnego miejsca, gdzie zostanę na kolejną noc. Na północ od Gokarny znalazłem mały hotelik, droga do niego kończyła się na plaży. Postanowiłem to od razu sprawdzić, miałem do przejechania niecałe 10 km. Objechałem miasteczko, po czym wjechałem na szutrową drogę, która zgodnie z mapą kończyła się na plaży. Żadnego hoteliku, czy nawet domku nie było. Lekko zdziwiony zawróciłem. Kiedy ujechałem kilkanaście metrów, zobaczyłem odchodzącą w bok piaszczystą dróżkę, na końcu stała otwarta brama. Musiałem ją przegapić, pędząc prosto na plażę. Po chwili już parkowałem na terenie  Deva Samudra Beach Stay, w miejscu, w którym moja motocyklowa podróż zmieniła się we wczasy nad morzem. Z dwóch dni pobytu zrobiło się pięć, a żałowałem, że nie mogę zostać dłużej. W całym obiekcie, który składał się z dwóch budynków mieszkalnych, kuchni i dużej, zadaszonej jadalni, mieszkały tylko dwie rodziny plus ja. Moi przesympatyczni sąsiedzi z Uralu, którzy spędzali tam miesiąc oraz ojciec z dwójką dzieci. W porze posiłków zjawiały się okoliczne pieski, które dokarmialiśmy. Całością opiekował się młody właściciel, który pieniądze zarobione w Europie przeznaczył na budowę hotelu. Widać, że oprócz ciężkiej pracy włożył w ten projekt całe serce. Od razu poczułem się jak u siebie i bez żalu zmieniłem założenia wyprawy. Od tej pory miałem planować jednodniowe wypady w bliższą i dalszą okolicę, hotel traktując jako kwaterę główną. Skończyło się na kilku  wycieczkach do miasta, do mechanika na przegląd motocykla, czy na cotygodniowy targ warzywny. Przy okazji, jako pasażer Royala Enfielda w wersji enduro, zwiedziłem miasto w poszukiwaniu działającego bankomatu. Kiedy zaczepiłem właściciela na ulicy zagadując o motocykl, a kończąc pytaniem o bankomat, usłyszałem tylko: „Wsiadaj, zawiozę Cię.” Dopiero trzeci z kolei bankomat okazał się czynny, ale dzięki temu rundkę po mieście będę długo wspominał. Przez chwilę byłem chyba jedyną osobą na terenie Indii cieszącą się z denominacji, zszedłem na Ziemię, kiedy uczynny kierowca pożegnał mnie przy kolejce do bankomatu. Do hotelu wróciłem plażą, z zadowoleniem stwierdzając, że lokalny piasek nie przypadł do gustu tutejszym krówkom. Wieczory spędzałem na plaży, kontemplując zachody słońca, przy których medytowali moi znajomi. Muszę dodać, że w końcu zjadłem w Indiach coś, co mi smakowało, a tosty, które przyrządzał codziennie kucharz były po prostu bajeczne. Na miejscu znajdował się również salon masażu, który odwiedziłem fundując sobie masaż torebkami z gorącymi ziołami a jako special bonus lanie olejku na czoło, wywołujące stan podobny do transu. Tutaj było po prostu wszystko, czego potrzebowałem. Nawet kupno pamiątek z Goa było prostsze niż gdzie indziej, o co dbał lokalny specjalista od dystrybucji wyrobów regionalnych. Odwiedzał nas codziennie w trakcie wędrówek po plaży z Gokarny. Czekał cierpliwie kilka dni, aż na coś się zdecyduję, przy okazji delektując się moim tytoniem, przywiezionym z Polski. Ja gwarantowałem najwyższą jakość towaru, on również. Zawsze uśmiechnięty dźwigał te swoje kilogramy, w końcu nadszedł moment, kiedy mu w tym ulżyłem. Do koralików dołożyłem kolejne rękodzieło. Wykonana osobiście przez szefa popielniczka będzie mi służyć w komplecie z kubkiem. „Coffee and Cigarettes” w wersji hinduskiej, żeby nie powiedzieć bollywoodzkiej.  Wypoczęty, obkupiony w prezenty, zrelaksowany, wymasowany mogłem ruszać dalej.

Po raz pierwszy w trakcie moich motocyklowych wypraw, zostałem w jednym miejscu dłużej, niż dwa dni. (Wyjątek to pewien motel w Rumunii, kiedy w nocy, na parkingu strzeżonym przez pieski, miałem z nimi bliskie spotkanie zakończone w szpitalu. O tym pisałem w rozdziale Rumunia 09/2011 ). I najchętniej zostałbym kolejne pięć dni, ale przede mną było jeszcze kilka atrakcji. Jedna z nich to wodospad Jog Falls, drugi co do wielkości wodospad w Indiach. Na parkingu przed punktem widokowym spotkałem trzech Hindusów, podróżujących oczywiście na Royalach, którzy właśnie zakończyli zwiedzanie. Dowiedziałem się od nich, że najfajniejsze widoki czekają na mnie po zejściu 1400 schodów w dół, gdzie zbudowano specjalne platformy dla turystów. Pomyślałem sobie, że owszem, jestem turystą, ale motocyklowym, w związku z czym poruszam się horyzontalnie, nie wertykalnie. Zatrzymałem się więc przy pierwszej platformie, z której widok zupełnie mnie satysfakcjonował. Kilka fotek na pamiątkę mojej dzielnej wyprawy w dół rzeki i mogłem wracać do motocykla. Następnie obrałem kierunek Shivamogga, gdzie zarezerwowałem nocleg w hotelu Royal Orchid Central. Wybrałem ten hotel, bo wyglądał jak pałac z bajki, co miło kontrastowało z klimatem indyjskich dróg. Większości noclegów szukałem za pomocą aplikacji MakeMy Trip, którą polecił mi właściciel wypożyczalni motocykli w Bangalore. Strona ta oferowała duże zniżki na terenie Indii, warunek był jeden- podczas rezerwacji należało podać lokalny numer telefonu. Wpisywałem więc numer, o który prosiłem kogoś w recepcji, czy restauracji hotelu, w którym aktualnie się znajdowałem. Taka procedura sprawdzała się doskonale przez całą podróż i pozwoliła mi oszczędzić sporo pieniędzy. Zniżki dochodziły nawet do 60% za nocleg, więc gra była warta świeczki. W jednym z hoteli, w którym znalazłem się bez rezerwacji wystarczyło, że podałem cenę ze strony MakeMy Trip, żebym dostał taką samą. Tę aplikację z czystym sumieniem polecam każdemu, kto wybiera się do Indii. W moim, bajkowym hotelu dostałem specjalne miejsce parkingowe, gdzie później dołączył kolejny, tym razem poddany poważnym modyfikacjom Royal Enfield. Na koniec dnia poznałem gościa, który okazał się prawdziwą gwiazdą Bollywood, od tej pory mój pobyt w Indiach nabrał dodatkowej wartości poznawczej. Plakaty z filmów, w których grał mój nowy znajomy, są jak ilustracje do „Księgi tysiąca i jednej nocy”

Następny dzień sam mógłby być ilustracją do baśni pod warunkiem, że Latający Dywan zamienimy na Latający Motocykl. Mam wrażenie, że mój Royal musiał mieć jakąś magiczną moc. Przez dwa tygodnie wiózł mnie bez żadnych problemów, dawał radę w każdych warunkach, czasami znosił podróż chyba lepiej ode mnie. Rano zawsze odpalał od razu, kiedy potem rzucaliśmy się w drogową czasoprzestrzeń (przypominam, że w Indiach ruch odbywa się według własnych reguł), dzielnie parł do przodu, niczym Sindbad Żeglarz po Oceanie Indyjskim. Opuściłem miasto Shivamogga, kierując się na południe, w stronę regionu znanego z plantacji kawy. Pamiętając malownicze, indonezyjskie plantacje spodziewałem się podobnych widoków. Te rejony polecali mi również znajomi w Polsce, kiedy pytałem o ciekawe miejsca na południu Indii. Zaraz po skręcie z głównej drogi, przy której stał mój bajkowy hotel, wjechałem w błotniste i wyboiste uliczki. Próbując łapać równowagę omijałem większe dziury, lawirując pomiędzy pojazdami napierającymi na mnie z każdej strony. Miałem wrażenie, że sztorm z każdą chwilą wzmaga się coraz bardziej. „Masztem gnący sztorm..”– przypomniała mi się ballada zespołu KAT. Na mojej łajbie bujało tak, że bałem się o własny bagaż. Jedną ręką sterowałem, drugą poprawiałem torbę na zbiorniku paliwa. W końcu wypłynąłem na spokojniejsze wody. Kiedy dopłynąłem do zielonej wyspy, mogłem w końcu odetchnąć. I kiedy wydawało  się, że wszelkie niebezpieczeństwa mam za sobą, pojawił się ON. Autobus. Wyjechał zza zakrętu w trakcie wyprzedzania drugiego autobusu. Nauczony doświadczeniem, jechałem jak najbliżej lewej strony drogi, więc pole manewru miałem mocno ograniczone. Krótka ocena sił i możliwości pozwoliła mi na jedyną, możliwą decyzję- natychmiast stąd spadam. Moje cztery litery oraz dwa koła postanowiły schronić się na poboczu. Dodałem gazu, żeby jak najszybciej opuścić niesprzyjające okoliczności przyrody i …  z całym impetem wpadłem w dziurę w asfalcie. Wypełnioną drobnymi kamykami, zapewne w celu wyrównania nawierzchni. Bo przecież nie w celu wyrównania moich szans. Dwoma kołami wylądowałem w pułapce, tracąc całą prędkość. Autobus był coraz bliżej, jadąc prosto na mnie. Dodałem więcej gazu i poczułem, jak tylne koło buksuje w tym cholernym żwirze. A więc tak miała się skończyć moja indyjska przygoda? Właśnie teraz, kiedy zostałem Obudzony i kiedy osobiście poznałem bollywoodzką gwiazdę??? O nie, pomyślałem. Nie poddam się tak łatwo. Odkręciłem do końca manetkę gazu, wyciągając motocykl tylko po to, żeby wpaść w kolejną dziurę. Wypełnioną oczywiście podobnym żwirkiem. Czułem się jak pilot samolotu, któremu kończy się pas startowy. Z tą różnicą, że on dalej mógł odlecieć, ja nie. Mnie właśnie pochłaniało żwirowe bagno, a kierowca autobusu zaraz będzie mógł mi zajrzeć prosto w oczy. Prawdopodobnie z niemym wyrzutem, może też z lekkim zdziwieniem. Zaraz zada sobie pytanie: „Inni mogli uciec na pobocze, a ten na motorze nie?”. „Jakbym nie wpadł w dziury wypełnione żwirem, to bym też mógł uciec, panie kierowco”– zaraz mu odpowiem. Traciłem równowagę, traciłem prędkość, traciłem nadzieję. Pobocze było tak blisko… Tak blisko, tak blisko jak ty, autobusie. Nigdy nie był nikt tak blisko… I kiedy poczułem, że to już koniec drogi, motocyklem nagle szarpnęło, tylne koło złapało na chwilę przyczepność i wyleciałem z drogi lądując na poboczu. Traf chciał, że w tym miejscu asfalt znajdował się jakieś 30 centymetrów wyżej, niż ziemia. Przednie teleskopy motocykla dobiły do końca, że prawie przekoziołkowałem przez kierownicę. Wylądowałem na miękkim podłożu, czując na sobie podmuch wiatru od przejeżdżającego autobusu. Żyłem. Cały się trząsłem, ale żyłem. Zaparkowałem motocykl i drżącymi rękami wyciągnąłem papierosy. „Smoking couses…”. Dalej nie czytałem. Nic mi tak nie mogło skrócić życia, jak hinduski kierowca. Zaciągnąłem się z rozkoszą.

„Palę, bo żyję.”

„Żyję, więc palę.”

„Nie trąbię, bo palę”

„Okręt mój płynie dalej, gdzieś tam… Serce, choć popękane,chce bić… „

Obejrzałem motocykl, ani śladu minionych zdarzeń. Mój Latający Hindus właśnie opłynął Przylądek Dobrej Nadziei. Nadziei, że nic złego nie może się zdarzyć, bo przecież jestem tu, aby przeżywać kolejne wspaniałe chwile, jakie daje podróżowanie motocyklem. Przeżywać, nie przeżyć. Np. spotkanie z autobusem. Z tą myślą kontynuuję podróż. Docieram do Chickmagalur już bez przygód. Melduję się w hotelu i ruszam na miasto w poszukiwaniu kawy. Robię zakupy, zjadam lokalny przysmak zwijany w liść prosto na ladzie u sprzedawcy i odwiedzam lokalną kawiarenkę internetową. Jest wyjątkowo nowocześnie i gustownie urządzona, stwierdzam i postanawiam, że niczemu się więcej nie będę dziwił. Do czasu, kiedy kupuję na ulicy banany i nie mogę doprosić się plastikowej torby. Uprzejmy pan wyjaśnia, że ze względu na stopień zaśmiecenia Indii, w całym kraju wprowadzono zakaz używania plastikowych toreb. Odchodzę z zawiniątkiem z gazety, trafiam na ogromny stragan z figurkami. Krasnale ogrodowe w wersji hinduskiej do wyboru, do koloru. Żałuję, że mam tak mało miejsca na motocyklu. Inaczej, Budda już by ze mną podróżował. Robi się wieczór, więc wracam do hotelu. To nie koniec atrakcji na dziś. Po drugiej stronie ulicy trwają przygotowania do ślubu. Idę przyjrzeć się z bliska, jak to u nich wygląda. Zostaję zaproszony na jutrzejszą uroczystość, w której niestety nie będę mógł uczestniczyć. Rekompensuję to sobie krótkim jam session z weselną kapelą, pożyczając jeden z bębenków. Spełniony muzycznie wracam do hotelu.

 

 

Po wczorajszych wydarzeniach byłem szczęśliwy, że to mój ostatni dzień na motocyklu. Plan na dziś- przetrwać i dojechać w jednym kawałku. Etap, jak na tutejsze warunki jazdy, dosyć długi. Do przejechania 243 kilometry, więc ruszam wcześnie, mając w planach postój na śniadanie. Marzę o jajecznicy, więc szybko kusi mnie przydrożna restauracja. Family coś tam, znaczy się rodzinna atmosfera gwarantowana. Z daleka widzę ogromny płomień, buchający w kuchni. Jest dobrze. Ciepło domowego ogniska rozgrzeje serce me i napełni żołądek mój. Biegnę do środka zamówić jajka. Są! Czekają na mnie na półce w rogu kuchni. Niestety, okazuje się, że płomień bucha tylko w palenisku. W sercu właściciela już nie. Owszem, będzie family, ale od 12:00. Jest 11:07, do familiady całe 53 minuty. Nie mógłby pan gospodarz lekko zmodyfikować czasu otwarcia? NIE. Dobra, w takim razie proszę mi podać patelnię, sam sobie usmażę jajecznicę. A pan niech patrzy i się uczy. NIE po raz drugi. Trudno, chlebem i solą, ale w oku mnie tu przywitano. Jadę dalej. Jest kolejny lokal. Jajek nie ma, tutaj serwują kuchnię wegetariańską. Ściślej biorąc lakto- wegetariańską, bardzo popularną wśród wyznawców hinduizmu. Zjadam placki z różnymi mlecznymi sosami i jadę dalej. Powoli zbliżam się do celu, który znalazł tym razem mój GPS. Na miejscu czekają na mnie dwie informacje, dobra i zła. Zła jest taka, że nie ma miejsc, w hotelu odbywają się dwie duże imprezy. Dobra jest taka, że pokój w tym miejscu to prawie 500 złotych za dobę. Bogowie czuwają, pomyślałem i poprosiłem o możliwość skorzystania z internetu. Chwila przeproszenia się z aplikacją MakeMy Trip nie okazała się bezcenna. Oczywiście mogę sobie serfować, ale za dwieście rupii. W dodatku mam na to 10 minut. Zdziwiony wyciągnąłem wymaganą kwotę i zostawiłem na recepcji. Znalazłem nocleg i podziękowałem grzecznie za pomoc. Kiedy ruszyłem do motocykla, podszedł do mnie menedżer obiektu, oddając pieniądze. Miły gest. Dotarłem do kolejnego hotelu, tym razem już ostatniego. Zostałem w nim do wyjazdu na lotnisko, mając dzień na pranie i pakowanie. Ceny w pralni zmobilizowały mnie do własnej twórczości, co skończyło się wizytą hydraulika w pokoju. Postanowiłem umówić się na oddanie motocykla na hotelowym parkingu. Nie miałem już siły przebijać się do wypożyczalni na drugi koniec miasta, cieszyłem się, że motocykl jest cały, bez najmniejszej szkody. Nie chciałem tego zmieniać na sam koniec wyprawy. Oddając motocykl poczułem się natychmiast wolny i spokojny o kolejny dzień. Wracałem do domu, na polskie drogi, o których już nigdy nie powiem, że są niebezpieczne. Podróże kształcą i uczą. Ta podróż pozwoliła mi docenić radość z jazdy motocyklem, kiedy można się całkowicie oddać drodze. W Indiach dziękowałem za każdy przejechany kilometr, na Route 66 dziękowałem również. Jakże różne były to podziękowania…

 

P.S. Podziękowania dotarły do mnie również ze strony gospodarzy. Na krótkim filmie poniżej, specjalny wysłannik przekazał pozdrowienia od narodu hinduskiego, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkich kierowców. Nie krył radości z faktu, że jestem cały i zdrowy, a wszelkie niedogodności, jakich doświadczyłem wytłumaczył w prosty sposób. Uświadomił mi, że to przez różnice kulturowe oraz wyznaniowe, czego najlepszym przykładem jest  odmienne stosowanie określenia „święte krowy” w naszych ojczyznach. Jeśli w tak podstawowej kwestii mamy inne zdanie, to rozbieżność semantyczna automatycznie przenosi się na inne dziedziny. Powoduje to ogólny brak zrozumienia i chaos, dlatego tylu podróżników błądzi, nie znajdując celu. Mnie na przykład nie zrozumiał pan taksówkarz w Bangalore. Moje trzynaście dolarów, na jakie się umówiliśmy dla niego oznaczało trzydzieści, a nie zbłądziłem tylko dlatego, że pod hotel doprowadziła nas moja nawigacja motocyklowa. Podróże to sztuka adaptacji, odnajdywania się w każdej sytuacji, odkrywania swoich nieznanych możliwości. Dlatego to robię, nie szukam nigdzie lepszego świata, bo mam go zawsze w sobie. Szukam przygód i nowych wyzwań, które mnie czegoś nauczą. Lekcje o „świętych krowach” mam odrobione, pora na kolejne…