Archive for the Maroko 2015 Category

Maroko 2015

Posted in Maroko 2015 on Marzec 5, 2015 by podrozemotocyklowe

 

logo blog

 

 

 

           7.03-25.03.2015

 

 

 

Kiedy zakończyliśmy projekt Rumunia ’14 pojawiło się pytanie: co dalej, przecież to nie koniec drogi? Jest styczeń, więc to również nie koniec zimy. Jeździć na dwóch kołach się nie da chyba, że jest się dostawcą pizzy. My akurat nie jesteśmy, więc patrząc z przykrością za okno mogliśmy tylko pomyśleć „sorry, taki mamy klimat”. Ale zaraz, jakie sorry? Nie będziemy tutaj żyć przepraszając za zimę, za śnieg, za co jeszcze chcesz. Robert rzuca hasło MAROKO. Zjeździł je quadem, ale nigdy motocyklem. Tak się składa, że ja również nigdy motocyklem. Tak się nawet składa, że ja niczym, zresztą jakoś mnie tam nigdy nie ciągnęło. Ale jak kolega proponuje, to nie wypada odmówić, prawda? Zwłaszcza, że wyprawę chcemy potraktować jako wywiadowczo- rozpoznawczą przed wizytą Kulawej Drużyny na Czarnym Lądzie. A skoro na Czarnym, to jeździmy tylko po czarnym, bez off-roadowych zapędów. Rzut oka w kalendarz, ustalamy termin na 7.03-23.03.2015 i bierzemy się za planowanie trasy. Mam zaprojektować logo wyprawy, ale po kilku moich propozycjach Robert prosi o pomoc zaprzyjaźnioną firmę. W końcu grafikiem nie jestem a to, że logo z ludzikiem jest trafione w punkt, no cóż… W punkt M nie trafiłem, ale od czego są fachowcy, w tym niezastąpiona firma JAGATEXjagatex do której zgłosiliśmy się po kamizelki i koszulki odblaskowe. Dzięki nim logo wyprawy do Maroka powstało błyskawicznie i mogliśmy skupić na całej reszcie.

Jak zwykle podchodzę do tematu analitycznie rzucając się w otchłań internetu, gdzie relacji z marokańskich podróży motocyklem jest prawie tyle, co z Rumunii. Kierunek równie popularny i ( zwłaszcza w okresie zimowym ) eksploatowany. A im więcej czytam, tym bardziej wsiąkam i tym częściej zadaję sobie pytanie: dlaczego mnie tam wcześniej nie było? Dlatego, że nie umiem jeździć po piachu? Dlatego, że nie mam terenowego motocykla z oponami kartoflami i aluminiowymi lodówami po bokach? Dlatego, że kompletnie nie kręci mnie jazda bezdrożami? W sumie wszystkiego po trochu, ale to są żadne argumenty. Jeepem przecież nigdy nie zjechałem z asfaltu (nie licząc kilku bieszczadzko- mazurskich epizodów, które przejechałby każdy pizzarider na swoim skuterku), po piachu nikt nie każe mi w Maroku jeździć a terenowy sprzęt nie jest tam wymagany. Za to widoki, klimaty, trasy… Miód na moje motocyklowe cztery litery. Route 66 między alpejskimi przełęczami w Rajdzie Dakar dla początkujących. Ocean piasku, piasek nad oceanem, winkle i palmy, góry i pustynia, śnieg i gorąca plaża. I te kolory… Już mi się spodobało, a potem stało się coś, co przyniosło duże zmiany w moim życiu. Krótko mówiąc-poczułem chemię. I to w najbardziej klasycznym wydaniu, o którym każdy uczeń szkoły średniej musi mieć przynajmniej blade pojęcie. Ja to pojęcie rozwinąłem i jako technik chemik z wykształcenia a podróżnik motocyklowy z zamiłowania opiszę pokrótce trzy podstawowe reakcje chemiczne, jakie przebiegły przez moje życie:

1. Reakcja analizy już wspominałem o analizie relacji z marokańskich wypraw, jakie znalazłem na internetowych stronach. Szczególne podziękowania za pokazanie, że można asfaltem i tylko asfaltem dla autora Neno z Forum Motocyklistów, który bardzo poetycko opisał swoją podróż, ilustrując ją świetnymi zdjęciami:

page

2. Reakcja syntezy łącząc ze sobą punkty szczególnie warte obejrzenia, drogami szczególnie wartymi przejechania uzyskałem produkt o długości prawie 4000 km, trwający 17 dni. Jego fragment wygląda następująco:

Plan podróży 2

Poszczególne punkty na mapie na pewno znane są marokańskim podróżnikom, większość z nich to tzw. stałe punkty programu, różniące się głównie sposobem ich połączenia. My wybraliśmy najmocniejsze spoiwo, czyli asfalt, który nawet przy temperaturach tam panujących jest  równy i gładki jak stół. Jeśli prawdą jest, że drogi te, chwalone przez wszystkich użytkowników budowały również polskie firmy to ja się pytam, czy drogi w Polsce również wiedzą, że twardym trza być, nie miętkim???

3. Reakcja wymiany- najważniejsza dla mnie, najbardziej zaskakująca dla wszystkich, otwierająca przede mną nowe możliwości i zamykająca za mną stare drzwi. Ta reakcja zaczęła się w sumie najwcześniej, dokładnie w czasie Festiwalu Filmów z Wypraw Motocyklowych na początku października 2014 roku, gdzie zobaczyłem świat, jakiego jeszcze nie zaznałem. Z daleka od autostrad, cywilizacji przez duże C za to bliski przyrodzie, naturze i motocyklom przez duże B. Ale nie tylko, motocykle przez duże B widywałem nie raz na europejsk10661732_915856461776472_2169665640546749103_oich drogach, czy alpejskich winklach poruszając się po tych samych drogach motocyklem przez duże D. Tutaj natomiast odkryłem pojazd turystyczny, dający większe możliwości niż mój autobus Ducati. Motocykl pozwalający sięgnąć tam, gdzie ST-ejk nie sięga, dający to, czego Włoszka dać nie mogła. Dalej poszło nadspodziewanie szybko. Po sześciu latach burzliwych związków z jedyną, słuszną marką przyszedł w końcu ten ostatni sztorm, rzekłbym nawet V-sztorm, po którym świeca z napisem Ducati zgasła. Zapaliło się zielone światło dla innych marek i tutaj musimy na chwilę wrócić do Rumunii, a dokładnie do dnia, w którym ruszaliśmy na wyprawę…

Jest 7 września 2014 roku. Grupa motocyklistów szykuje się do startu niezwykłej wyprawy. Wyprawy, której członkowie to osoby niepełnosprawne, poszkodowane w wypadkach, doświadczone przez ciężkie choroby, czy inne zdarzenia losowe. Zgodnie z motocyklowym obyczajem żegna ich grupa miejscowych użytkowników dwóch kółek, wśród nich człowiek, który jako pierwszy w Polsce zajął się organizacją podróży dla niepełnosprawnych. O Polskim Stowarzyszeniu Niepełnosprawnych Motocyklistów opowiemy innym razem, tutaj skupmy się na jego Prezesie- Arkadiuszu Tomasiaku, który przybył na start aż z Krakowa. Jego motocykl z charakterystycznymi, aluminiowymi kuframi widać z daleka. Bogate  wyposażenie, mnóslogo_01two naklejek, wśród których wyróżnia się zwłaszcza jedna, świadczy o niewątpliwie bogatej historii pojazdu. Nie mylicie się, Państwo, podróż do Władywostoku to tylko jedna z tych epickich chwil w życiu Arka, które świadczą o Jego chęci niesienia pomocy innym. Będąc z zawodu rehabilitantem nie zastanawiał się długo, jaką drogę obrać w życiu. I oto teraz, organizator pierwszej w historii wyprawy niepełnosprawnych motocyklistów z Polski stoi na starcie projektu „To nie koniec drogi”. To dla nas zaszczyt i z wielką radością witamy Arka. Jeśli chodzi o mnie, znaliśmy się do tej pory wyłącznie mailowo i telefonicznie, przegadując długie godziny na różne, nie tylko motocyklowe tematy. Myślimy podobnie, wierzymy w te same idee, mamy podobne zasady. Jeszcze wtedy nie mogłem nawet przypuszczać, że kilka miesięcy później motocykl, którym przyjechał na start wyprawy będzie szykowany dla mnie. Taka substytucja, proszę państwa, hemoglobina…

ArekStart

Wracamy do chwili obecnej, procesy chemii mamy omówione, fizykę sobie darujemy, bo jak wiadomo „praw fizyki pan nie zmienisz”. Zostaje matematyka, brrrrrr. Asem w tej dziedzinie nigdy nie byłem i już raczej nie będę, a tu do policzenia kilometry, dni jazdy do promu, dni na promie, dni jazdy po zjeździe z promu, dni na promie powrotnym oraz dni jazdy do domu. Tak to jest, jak się chce robić lato w zimie. I jak się samemu wszystko ogarnia, włącznie z transportem motocykli. Po zsumowaniu wszystkich za a nawet przeciw, wyszła nam opcja jazdy busem ze szpejami na przyczepce do Włoch, gdzie w porcie Genua wsiadamy na prom i przez Barcelonę docieramy do Tangeru. Podróż to jedyne 48 godzin, w sam raz żeby pobyt na promie wykorzystać na odpowiednie promowanie wyprawy, korzystając przy okazji z licznych promocji. Wypoczęci i spragnieni jazdy na dwóch kołach, w późnych godzinach wieczornych stawiamy pierwsze kroki na stałym lądzie stwierdzając, że po pierwsze nie jest stały tylko ciągle się chwieje, a po drugie Czarny Ląd wcale nie jest czarny. Nie tracąc dobrego samopoczucia dosiadamy motocykli i pokonując zawrotny dystans 2,3 km osiągamy pierwszy sukces docierając na miejsce noclegu. Z dumą stwierdzamy brak strat w sprzęcie i ludziach i udajemy się na zasłużony odpoczynek…

To jednak dopiero przed nami, wróćmy więc do badań tego naszego Mysterium Cosmographicum, czyli tajemnych sił, które skierowały mnie w stronę Afryki i nowego motocykla.

Było chemicznie i matematycznie, więc jednak będzie też fizycznie. A w zasadzie metafizycznie, bo zadziały się rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło. Czy były to zjawiska proste, odwrotne, sprzężone czy odwracalne? Sami oceńcie.

Pamiętacie Adama, którego spotkaliśmy na Transalpinie? Tak, to ten, którego wzięliśmy za policję na motocyklu:

Nie dość, że nie okazał się policjantem, to dołączył do naszej Kulawej Drużyny, jako uczestnik marokańskiej wyprawy. Adam, który swoją SuperTenere 1200 ujeżdża jak rower, należy do grupy logopodróżników motocyklowych moto-fan.pl. O grupie można przeczytać na ich stronie:

„Łączy nas pasja i miłość do motocykli, przyjaźń i szacunek dla pozostałych. O sile grupy decydują wspólne przeżycia oraz doświadczenie zdobyte podczas wielu podróży. Dla naszej grupy najistotniejsza jest przyszłość i wolność płynąca z  jazdy na motocyklach. Jesteśmy otwarci na wszystkich, którzy mają podobny cel i przestrzegają zasady wzajemnego szacunku.”

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, że spotkanie Adama nie było przypadkowe? Że było częścią jakiegoś planu, który właśnie realizujemy? Proszę poczytać, co o świecie idei i własnościach bytu mają do powiedzenia panowie Arystoteles i Platon. Uzupełniając  naszą wiedzę o zasadę wzajemności jesteśmy gotowi na kolejną wiadomość.

Która brzmi…….

Mam nowy motor. I nie jest to kolejne Ducati. W to ostatnie nie mogła uwierzyć nawet moja Mama. A jednak, w końcu: idee są niezmienne, zmienne są rzeczy o czym Platon wiedział dużo wcześniej ode mnie. Swoją drogą ciekawe, co filozof miał na myśli twierdząc, że dusza jest motorem napędzającym ciało? Może gdyby żył w naszych czasach stwierdziłby, że to motor jest ciałem napędzającym duszę? Czy motor ma duszę? Czy dusza jeździ motorem? Czy dałem ciała oddając duszę innemu motorowi? Znowu musicie ocenić to sami…

O poprzednim właścicielu V-Stroma pisałem wcześniej, ale czy jego motocykl w moich rękach to przypadek? Motocykl, który brał udział w wyprawach niepełnosprawnych motocyklistów, którego właściciela poznałem w trakcie powstawania projektu „To nie koniec drogi”. Pojazd kupiony przez telefon, oddany w moje ręce zanim za niego zapłaciłem, przywieziony przez kolejnego znajomego. Wszystko na dobre słowo. Kiedy ta bryła platońska stanęła w moim garażu zrozumiałem, że Kepler, tworząc swój model Kosmosu mylił się twierdząc, że Bóg jest matematykiem. Ostatnie wydarzenia pokazały, że nie ma skutku bez przyczyny, bytu bez świadomości, dymu bez ognia…

anigifcrop1

Panie Kepler. Kosmos, w którym dzieją się takie historie musiał stworzyć Bóg, który jest motocyklistą.

 

 

Dodano 14.04.2015

Marokańska wyprawa za nami. Wrażenia? Tak, Bóg na pewno jest motocyklistą, tylko dlaczego stworzył raj dla nas tak daleko? „I zasadził Bóg ogród w Edenie na wschodzie”,  jak podaje Księga Rodzaju. Może i na wschodzie, zależy od której strony patrzeć. Owszem, po drodze był wschód i to nie jeden, ponieważ nasza podróż do Edenu trochę trwała. Ruszyliśmy z Mszczonowa 8 marca, poprzedniego dnia pakując na lawetę cztery motocykle. W umówionym miejscu przed Bielsko- Białą uzupełniliśmy skład ekipy i w szóstkę pojechaliśmy dalej. Po południu 9 marca wylądowaliśmy w porcie w Genui, gdzie czekał na nas jeszcze jeden kolega, który dojechał z Sycylii. Po rozładowaniu lawety i busa (operacja została uwieczniona w nowatorski sposób- timelapsem na obrotowej głowicy) mieliśmy zapas kilku godzin do wypłynięcia. Mając miejscówkę na początku parkingu liczyliśmy na szybki wjazd na prom, wjechaliśmy na samym końcu. W naszej drodze do raju właśnie nam przypomniano, że „ostatni będą pierwszymi”. W zamian dostaliśmy możliwość oglądania, co i w jaki sposób można zapakować do, nad czy pod marokańskiego busa. Niekwestionowanym zwycięzcą został nr.4273, który na dachu przewoził samochód osobowy, a w środku, obok kierowcy siedział przedni zderzak. Jeśli więc coś może nie mieścić się w głowie, to na pewno nie ma niczego, co nie zmieściłoby się w marokańskim busie. A co, jeśli taki bus odmówi współpracy i nie odpali? Żaden problem. Wystarczy metr kwadratowy wolnego miejsca i kilku chętnych do pchania, bo cel jest jeden: wjechać na prom. Właśnie. Jak długo jeszcze będziemy czekać??? Czas leci, za nami doba w samochodzie, przed nami dwie doby  na promie. Można szybciej: samolotem do Malagi, potem tylko kilka godzin promem przez Cieśninę Gibraltarslogo2ką, ale po pierwsze- nie mieliśmy ograniczenia czasowego, po drugie- ktoś i tak musiał przewieźć nasze motocykle, po trzecie- gdyby nie prom, nie poznalibyśmy kilku ciekawych ludzi jak np. rowerowa ekipa z united-cyclist.com, organizująca rowerowe wyprawy na całym świecie (szacun, Panowie!), czy małżeństwa Anglików, podróżujących po świecie trójkołowym pojazdem własnej konstrukcji. Pojazd ten został oczywiście przez nas odpowiednio oznakowany. Wreszcie, po czwarte- mogliśmy nagrać kilka ujęć do filmu, zdobywając przy okazji nowego adepta sztuki filmowej. Serca jego towarzyszki podróży nie udało się zdobyć, musiał nam wystarczyć jej adres mailowy. Wrażeń na pewno więcej niż z podróży samolotem, a to dopiero początek.

 

Maroko przywitało nas pięknym słońcem, zakręconym, choć bardzo życzliwym i starającym się pomóc celnikiem, który w zamieszaniu spowodowanym całą ichniejszą papierkologią zapodział gdzieś nasze dwa paszporty. Wypełniając różne deklaracje, biegamy od okienka do okienka, jednocześnie zapewniamy go, że wszystkie paszporty są u niego. Przerwa w bieganiu, można palić. Teraz od okienka do okienka biega celnik. Wraca, pyta, czy wszystko ok, prosi nas o paszporty, bo podobno nie wszyscy dali. Wszyscy dali? Idzie sprawdzić. Faktycznie, paszporty się znalazły. Oddaje z uśmiechem, na koniec przypominając, żeby absolutnie nie zgubić zielonej karteczki. Co zrobiłem? Absolutnie zgubiłem zieloną karteczkę, o czym zorientowałem się na koniec wyjazdu, opuszczając ten piękny kraj. Jak to się skończyło, opowiem później, teraz tylko powtórzę za celnikiem: absolutnie nie zgubcie zielonej karteczki, chociaż zielona, nie ma nic wspólnego z zieloną kartą. W końcu mamy wszystkie formalności za sobą, żegnamy się z chłopakami z united-cycles.com (potem się dowiedzieliśmy, że trzymali ich na granicy 20 godzin) i ruszamy do hotelu. GPS pokazuje 42 kilometry, chociaż kiedy sprawdzaliśmy przed wyjazdem, hotel znajdował1a się 200 metrów od portu. Okazuje się, że od portu Tanger, który jest w przebudowie, a wszystkie promy dopływają do Tanger MED (od Mediterrane). Robi się powoli ciemno, więc ruszamy. Omijamy wjazd na autostradę i wybieramy lokalną drogę wzdłuż morza. Na pierwszej stacji tankujemy, wypłacamy z bankomatu dirhamy i jedziemy dalej. Droga przyjemna, pełno zakrętów, asfalt w stanie wzorowym. Z każdym kilometrem żałuję, że nie robimy tej trasy za dnia. Ale ponieważ jesteśmy w raju, gdzie spełniają się wszystkie życzenia, następnego dnia jedziemy dokładnie tą samą trasą i mijając Tanger Med kontynuujemy jazdę drogą N16, docierając do morza. Tam sesja zdjęciowo- filmowa i w drogę. Z każdym kilometrem moja szczęka opadała coraz niżej, byłem zaskoczony dobrą jakością lokalnych dróg, zauroczony widokami i spełniony ilością zakrętów. Nie zabrakło urozmaiceń w postaci wjazdu do miasteczka, gdzie na środku drogi odbywał się targ. Ruch samochodowy oczywiście trwał w najlepsze, tylko skąd tam wzięła się ciężarówka??? Jeden z naszych próbował sprawdzić, czy to przypadkiem nie jakaś fatamorgana, ale kiedy zahaczając kufrem ledwo utrzymał się na kołach dotarło do nas, że tutaj można spodziewać się wszystkiego. Jakoś wyjechaliśmy z miasteczka, udając się cały czas na południe.  Robiło się coraz cieplej, więc na każdym postoju zostawiałem w kufrach kolejną część garderoby. Piękny, motocyklowy dzień zakończyliśmy w klimatycznym hoteliku w mieście Fez.

12.03a