Archive for the Rumunia 09/2011 Category

Rumunia 2011

Posted in Ducati, Rumunia 09/2011 on Listopad 27, 2012 by podrozemotocyklowe

Właśnie minął rok od podróży do Rumunii, a ja siedzę nad mapą i studiuję trasę. Zgadnijcie jaką? Oczywiście, że Rumunii. Powód- kawałek asfaltu między miastami Sebes i Novaci. Co takiego jest w tym asfalcie, że postanowiłem wrócić? Otóż został położony na wysokości ponad 2000m w rumuńskich Karpatach, na drugiej, obok Trasy Transfogaraskiej najbardziej znanej rumuńskiej drodze zwanej Transalpiną. Obie trasy to legenda- pięknie położone, pełne zakrętów i niesamowitych widoków. Marzenie każdego motocyklisty, i nie tylko. Przyjeżdżają tu rowerzyści, off-roadowcy, piesi turyści i wszyscy miłośnicy wrażeń.
Trasę Transfogaraską poznałem rok temu, rzeczywiście robi ogromne wrażenie, tym bardziej jestem ciekaw, jakie atrakcje przygotuje Mrs Transalpina..
A jak było rok temu???

Rumunia to dla mnie Cyganie, żebrające dzieci siedzące na chodnikach, wróżenie z kart, od którego nie można się było opędzić. Z tym większym zdziwieniem słuchałem opowieści kolegów, którzy po Rumunii podróżowali od dawna- z napędem 4×4, daleko od asfaltu przeżywali niesamowite chwile. Piękne, górskie krajobrazy, drewniana zabytkowa architektura i wspaniali, życzliwi mieszkańcy- powtarzali to wszyscy. Coś musi być na rzeczy, pomyślałem ale jakoś mnie nie ciągnęło do podróży samochodem. Ale od czego miałem motocykl?
I kiedy któregoś dnia zadzwonił kumpel oznajmiając, że za dwa tygodnie jedzie do Rumunii i pytając, czy nie pojadę z nim nie zastanawiałem się długo. Był wrzesień, od ostatniej podróży minęło dwa miesiące, następny wyjazd w październiku- jest czas, żeby jechać! Szybka decyzja i za kilka dni ruszaliśmy w kierunku Rzeszowa. Dwa turystyczne motocykle- Yamaha FJR 1300 i Ducati ST3 i nas dwóch, znających się od czasów pierwszych podróży Junakami i M-kami. Jechałem i wspominałem czasy, kiedy wyprawa na Mazury trwała 7 dni. Teraz mając tydzień planujemy zobaczyć kilka ciekawszych miejsc opisanych w przewodnikach, przejechać Transfogaraską, a po drodze spotkać się ze znajomymi.
Pierwszy nocleg mieliśmy zaklepany właśnie u nich w Rzeszowie. Po przyjeździe obiad, kawka i ..decyzja- jedziemy dalej, godzina jeszcze młoda, na wieczór będziemy przy granicy słowacko- węgierskiej. Obiecaliśmy zajechać w drodze powrotnej, tym razem zostając na noc i ruszyliśmy w stronę Rumunii.
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że spotkam się z nimi szybciej niż planowałem… Ale po kolei..

Kolega Piter z Rzeszowa nie odmówił sobie i nam przyjemności eskorty do granic miasta i swoim Ducati Sport Classiciem odprowadził nas na wylotówkę. Łapa w górę, Piter zawrócił a my do granicy. Tutaj- uprzedzając fakty- porównanie do rumuńskich dróg. Takie dziury i koleiny, jakie musieliśmy pokonać jadąc jedyną drogą do Granicy Państwa widziałem w Rumunii tylko na początku podróży, w północnej części kraju. Na bardzo głębokiej prowincji, gdzie jedynymi użytkownikami tej drogi były kozy, jakiś rowerzysta i my. Porównanie do rumuńskich dróg będzie nie raz, od razu mówię- możemy tylko zazdrościć infrastruktury drogowej. Nie dość, że większość dróg jest nowa, to nie ma takiego ruchu jak u nas.
Ale póki co jesteśmy na Słowacji, robi się ciemno, zaczynamy szukać noclegu. Jest jakiś szyld, GPS potwierdza ( czy raczej odwrotnie), i za chwilę po zjeździe z trasy dojeżdżamy do motelu. Motocykle na bezpiecznym parkingu, więc możemy spokojnie spać. Rano śniadanko i w drogę. Pogoda, jak to we wrześniu- upał. Gładko dojeżdżamy do granicy węgierskiej, na autostradę w stronę Rumunii, która kończy się nagle w miejscowości Debrecen. Dalej staje się drogą nr 48, którą dojeżdżamy do granicy i za chwilę jesteśmy w Rumunii.

Na granicy smutno, betonowo, biednie. Mam wrażenie, że tutaj nie dotarły fundusze z Unii Europejskiej i chyba nawet nikt na to nie liczy. Upadł jeden ustrój, drugi go nie zastąpił, z fabryk i zakładów straszą pręty zbrojeniowe i wybite okna. Nic tu po mnie, myślę. Dobrze, że mają chociaż Transfogaraską, jak na ironię- w spadku po Nicolae Ceauşescu. Dojeżdżamy do pierwszego większego miasta w Rumunii- Satu Mare. Najwyższa pora zrobić postój, zmienić ciuchy na letnie, od tej pory będziemy jechać spacerowo.
Parkujemy pod hotelem o swojskiej nazwie DACIA. Najwyraźniej, podobnie jak jego imienniczka, lata świetności ma za sobą. Obraz uzupełnia starszy Pan w śmiesznym kapelusiku. Pora więc na dokumentację. Z dalszej odległości stwierdzam, że budynek prezentuje się całkiem okazale, postanawiam więc, że przywrócę mu honor i cierpliwie szukam godnego tego Pałacu ujęcia. Chodząc po parku zauważam jednak coś ciekawszego- sporo młodych ludzi i ładnych, dobrze ubranych dziewcząt. Uspokojony ruszam w miasto, które okazuje się jednym pomnikiem socrealistycznej architektury. Bez żalu opuszczamy miasto, czekając na bardziej duchowe przeżycia. Wkrótce faktycznie nastąpią powodując, że będę ten wyjazd wspominał do końca dni swoich…

Pierwsze kilometry w Rumunii- dziurawe, dalekie od cywilizacji ale klimatyczne. Ludzie bardzo mili, gościnni i życzliwi. Dużo przydrożnych piesków, stare chałupy sąsiadują z Pałacami w stylu Gargamel. Niektóre stoją puste,wyglądają jakby właściciel nie zdążył się wprowadzić. Bo to raczej nie developerka, zbyt oryginalny styl- mosiężne balustrady, wieżyczki itd. Stoją seriami koło siebie- ciekawy widok, może to rumuński Trójkąt Bermudzki. Czasami mijamy wioskę, w której stoją same rozpadające się chałupki, by za chwile na tej samej drodze trafić na rzędy kilkupiętrowych domów po obu stronach drogi. Znowu pustych, może jednak developer.. Za to z jaką fantazją.. Sądząc po wykończeniach budynków- dom musi świecić. Dom musi oślepiać, walić po oczach błyskami z każdej mosiężnej rurki, czy chromowo-niklowanej stali. Tylko dlaczego akurat nas, skoro w tej wiosce nie ma żywej duszy??? Temat pustych, błyskających domów pozostanie dla mnie jedną z rumuńskich zagadek..
Całe szczęście są też drewniane konstrukcje, są w większości, nie mówiąc o latach spędzonych na tym świecie. Monastyry, zabytki, wioski, w których zatrzymał się czas, ręcznie rzeźbione bramy i zagrody- wjeżdża się w inną przestrzeń, gdzie nawet powolna jazda jest uzasadniona. Nie tylko dziurami w jezdni..

Jadąc sobie przez tę malowniczą okolicę docieramy do pierwszego punktu programu naszej wycieczki. Jak wspominałem, na wyjazd zdecydowałem się bez żadnych wcześniejszych przygotowań, więc jechałem trochę w ciemno. Bardziej chciałem po prostu zobaczyć Rumunię, niż konkretne budowle z przewodnika, chociaż bez niego prawdopodobnie trafiłbym tylko do budowli pana Ceauşescu. Jak się okazało- kumpel też nie miał czasu planować szczegółowo kilometrów, w zupełności wystarczyły nam dwie książki i co wieczorna burza mózgów, gdzie i jak jedziemy.
Tymczasem przyjechaliśmy zobaczyć cmentarz. A tak naprawdę zobaczyliśmy zmarłych, ich historię życia i śmierci. Śmierci, która nie jest tematem tabu, wręcz przeciwnie, jest tutaj przedstawiana całkiem ochoczo i co gorsza, nie jest brana na poważnie. Dekadencja na rumuńskiej wsi, gdzie większość mieszkańców to starsze babcie?? Patrząc na mamę naszej gospodyni, która mając 90 lat siada przy krośnie i szyje dywaniki uśmiechając się bez przerwy- dystans w pewnych sprawach nikomu nie zaszkodzi..

O tym cmentarzu czytałem wcześniej w necie. Dwóch motocyklistów objechało Rumunię rok wcześniej i bardzo polecali pensjonat w Sapancie, gdzie mieszkali. Widziałem filmy- domowa kuchnia, oczywiście potrawy regionalne i fajna miejscówka. Tylko nie pamiętałem nazwy, tym bardziej adresu. Ale widzę,że nie będzie problemu ze spaniem, bo wszędzie wokoło są kwaterki. Spotkaliśmy 3 dziewczyny podróżujące autostopem z Polski, które wzięła do siebie jakaś babcia, dała pokój, pościel i kolacje i nie chciała pieniędzy. Pogadaliśmy chwilę, ale nie były zainteresowane kontynuacją mile rozpoczętego wieczoru, więc poszliśmy szukać noclegu. Akurat przy samym cmentarzu, po drugiej stronie ulicy był pensjonat. Duże podwórko, fajny klimat- idziemy pytać. Są kwaterki, pani mówi po angielsku. Coś znajomo wygląda. Pytam, czy nie gościła w zeszły mroku ekipy na motorach z Polski. Gościła, a oni robili masę zdjęć i nagrywali wideo. Okazało się, że przypadkowo trafiliśmy do tej samej gospodyni, uroczej kobiety, która nas nakarmiła, przyniosła albumy ze zdjęciami i oprowadziła po domu, pełnym dzieł regionalnej sztuki. Po takiej dawce regionalnego folkloru spaliśmy jak niemowlaki.

Rano śniadanko serwowane przez gospodynię i ruszamy dalej. Jedziemy dalej wzdłuż granicy z Ukrainą drogą nr.19, dojeżdżając do miejscowości Syhot Marmaroski. Spotykamy kolejną ekipę z Polski, którą ratuję smarem do łańcucha. Przezornie wziąłem dwa, więc jeden sprezentowałem. Przy następnym postoju ten, który sobie zostawiłem odmówił współpracy- nagle się zapchał i byłem zmuszony szukać sklepu z częściami. Czym to się skończyło- opowiem wkrótce, tymczasem idziemy zwiedzać miejsce, które z malowniczymi wioskami i pięknymi plenerami tego regionu kontrastuje w sposób wręcz tragiczny. Dosłownie i w przenośni. Jest to bowiem dawne więzienie dla wrogów komunizmu, przekształcone w Miejsce Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu.
Ciuchy motocyklowe zostawiamy w szatni a buty zmieniam na nieśmiertelne klapki- powód drwin moich wszystkich znajomych.
Idziemy na spotkanie z historią..
A historia, jak wiemy- lubi się powtarzać, więc od razu przypomina mi się motto z „Medalionów” Zofii Nałkowskiej-
„Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Dotyczące zagłady hitlerowskiej, okazało się aktualne 10 lat po wojnie, kiedy w więzieniu zaczęto zamykać rumuńską elitę intelektualną: polityków, naukowców, ekonomistów, dziennikarzy, historyków. Wszystkich uważano za przeciwników politycznych i osadzano jak groźnych zbrodniarzy, w tragicznych i poniżających warunkach eliminując z życia publicznego.
Po upadku komunizmu w miejscu więzienia powstało muzeum poświęcone walce z systemem. Są tu pamiątki z całego Bloku Wschodniego, a cele więźniów zamienione zostały w sale muzealne. Jedna z nich upamiętnia powstanie i rolę „Solidarności” w obaleniu komunizmu.
Zwiedzanie tego miejsca to swoista podróż w czasie, jakże inna od podróży po urokliwych wioskach i pięknych, górskich okolicach.

Nawet przez skórzane spodnie motocyklowe poczułem zły dotyk historii. Jak najszybciej chciałem odpalić motocykl, by znów ruszyć przed siebie, rzucić się w malownicze plenery, oglądać, podziwiać, chłonąć. Czuć wolność i swobodę wyboru. Ciekawość, co zobaczę za następnym zakrętem. To wszystko, co jest esencją motocyklowych podróży.
Kierujemy się na północ, zwiedzając po drodze co ciekawsze miejsca. Drogi coraz lepsze, o dziwo- ruch samochodowy dużo mniejszy niż w Polsce. Z radością stwierdzam, że kultura jazdy na wysokim poziomie, kierowcy przyjaźnie traktują motocyklistów robiąc im miejsce, uprzedzają o patrolach policji. A nie jest ich mało. Przeważnie stoją przy ograniczeniach do 30km/h, zwężkach, robotach drogowych- miejscach, w których mogą uważnie przyjrzeć się pojazdom. I znaleźć najlepszego kandydata do osobistej rozmowy. Im starszy i bardziej zdezolowany pojazd, tym większa szansa, że zostanie wybrańcem. A muszę przyznać, że wybór nie był łatwy- ilość wynalazków, wśród których 40-to letnia Dacia była samochodem luksusowym powodowała, że rumuńska policja miała niełatwe zadanie. Stąd pewnie kontrole w miejscach o zwolnionym ruchu. Na początku z lekkim niepokojem mijałem patrole, ale kiedy zobaczyłem, o co chodzi odetchnąłem. Nasze motocykle nie budziły w nich najmniejszego zainteresowania, wręcz traktowali nas jak powietrze. Powietrze bez tlenu, który- jak wiemy- potrzebny do życia jest. Tak jak rumuńscy kierowcy są potrzebni do życia rumuńskiej policji.
Podróżując przez ten piękny kraj wjeżdżamy na teren krainy zwanej Transylwanią. Co oznacza, że wkrótce zmierzymy się z legendą, znaną na całym świecie, wielokrotnie opisywaną i filmowaną. To oczywiście Książę Dracula, jeden z ważniejszych symboli w kulturze, wizerunek zła, krwiożerczego wampira. Brrrr..
Jesteśmy w miasteczku Sighişoara, zwanym Perłą Siedmogrodu ze względu na ilość dobrze zachowanych średniowiecznych zabytków i malownicze położenie na wzgórzach. Zostawiamy motocykle na rynku i wspinamy się na XIV-wieczną, wysoką na 64 m Wieżę Zegarową, będącą symbolem Sighisoary. Z góry podziwiamy panoramę zabytkowego miasta, poznając przy okazji dwójkę starszych turystów z Izraela o polskich korzeniach. Podobnie jak my są pod wrażeniem Rumunii, zwiedzając ją od kilku tygodni samochodem.
Schodzimy na dół, by przejść się wąziutkimi, zabytkowymi uliczkami. Są naprawdę piękne i pełne historycznych zabytków, w końcu nie bez przyczyny miasto-muzeum zostało w 1999 roku wpisane na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Pewnym dysonansem na tym tle było pojawienie się ekipy rumuńskich off-roadowców na swoich BMW, których dudnienie na chwilę zakłóciło klimat minionych wieków. No cóż, widocznie każdy zwiedza jak mu wygodnie..
Na koniec pyszna kawa w miejscu, gdzie „przyszedł na świat okrutny Vlad Tepes – pierwowzór wampira Drakuli” o czym informuje tablica na murze i zakupy pamiątek.

Po spotkaniu z Księciem Draculą jedziemy dalej. Pora nasmarować łańcuch. Jak już pisałem- spray odmówił współpracy, więc rozglądamy się za sklepem motoryzacyjnym. W końcu jest- samochodowe mydło i powidło, niestety zamknięty. Już mamy odjeżdżać, kiedy jakiś człowiek woła z okna kamienicy obok. Okazało się, że właściciel i że już biegnie otworzyć. Miło zaskoczeni czekamy, kiedy nagle pojawia się ekipa rumuńskich Cyganów. Skąd jesteśmy? Z Polski. Aaaaa, byłem miesiąc w Warszawie. Nagle pojawia się piła spalinowa. Mamy kupić. Próbujemy wytłumaczyć, że my w podróży i że ogólnie to nie potrzebujemy piły łańcuchowej tylko smar do łańcucha. Drobna, aczkolwiek zasadnicza różnica. Nie ważne, tanio sprzedamy, zapakujemy na moto gratis. O, tu jest sporo miejsca a zaraz piłę rozłożymy,więc tym bardziej nie ma problemu. Pojawił się właściciel sklepu, więc zostawiłem kumpla przy negocjacjach a sam poszedłem za potrzebą. Smaru oczywiście. O dziwo, smar był, nawet dwa rodzaje. Kupiłem i wróciłem na pomoc koledze. A tam radosna rozmowa, poklepywanie itd. Mimo nieudanej transakcji spotkanie dalej trwało w najlepsze. Pojawiła się cała rodzina, dzieci, babcia, synowie, Bóg wie, kto jeszcze. Wszyscy bardzo sympatyczni i otwarci. Na koniec pamiątkowa fotka i pojechaliśmy dalej.
Zrobiło się ciemno i zaczęło padać to znak, że trzeba szukać noclegu. Kumpel coś macha, więc stajemy. Okazuje się, że jego FJR-a zamokła i zaczęła przerywać. Oczywiście moja pierwsza reakcja: „trzeba było kupić Ducati- byś nie miał żadnych problemów”, ale kumpel jakoś nie zrozumiał. Jego Yamaha chyba tak, bo nagle jej się poprawiło. Spojrzenie kumpla mówiło wszystko, a na pewno coś w stylu „jeszcze ci to przypomnę”. Postanowiliśmy ruszyć i zatrzymać się w pierwszym motelu. Znaleźliśmy lokum o nazwie „Motel Corsa”, w którym spędziliśmy noc. Nowy dzień przywitał nas słońcem, FJR-a jakby zapomniała, że coś jej dolegało, więc bez przeszkód nawinęliśmy kolejne kilometry, odwiedzając po drodze Brasov i inne miejsca. Nocleg zaplanowaliśmy u podnóża Gór Fogaraskich, będących częścią rumuńskich Karpat, by następnego dnia zrealizować główny cel naszej wyprawy do Rumunii- przejazd Trasą Transfogaraską. Wydawało się, że idealnym miejscem do spania będzie Cartisoara- ostatnia miejscowość przed górami, ale nie znaleźliśmy tam nic. Wróciliśmy więc kilka kilometrów do krzyżówki z drogą E-68, gdzie przy rondzie znajdował się Motel Castel 2000. Przy okazji zatrzymaliśmy się przy znaku drogowym, na którym widniało magiczne słowo. Słowo, które powoduje szybsze bicie serca każdego motocyklisty- Transfăgărășan.
Motel okazał się bardzo przyzwoity, a właścicielka na widok motocykli powiedziała tylko: „Będziecie zadowoleni”. Oczywiście musiałem spytać, czy chodziło jej o nocleg czy kultową drogę, ale jej spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości- tę noc spędzimy sami.. Zjedliśmy plenerową kolację „z widokiem na..”, chwilę pogadaliśmy z ekipą z Polski, która podróżowała na Yamaszce VFR 750 i poszliśmy śnić o nadchodzących winkielkach.
Ale długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o mojej pasji, dzięki której poznaję świat, ludzi, obyczaje. Dzięki której przekonuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych i że wystarczy chcieć, żeby spełniać marzenia. Banały? Może w skali globalnej, ale w skali jednostkowej, czyli dla mnie- rzeczy arcyważne. Marzyłem o Route 66- przejechałem, marzyłem o Transfogaraskiej- przejadę jutro. To są konkretne cele, które realizuję a na końcu jest dużo więcej, niż kolejne km na liczniku. Jest siła, jest moc, jest wiara, jest pewność i stabilność. Osiągana ciągłą pracą nad sobą, dokonywaniem wyborów, rezygnacją z jednych dróg w życiu na rzecz innych. Często jestem pytany- skąd kasa na podróże? Odpowiadam- z pracy, z odkładania w skarpetkę, z wyboru- telewizor czy podróż do Rumunii? Telewizora dalej nie mam, za to mam w głowie filmy, których i tak bym nie obejrzał w tv. Samochodu też nie mam, kasę włożoną w jego utrzymanie wolę przeznaczyć na kolejny wyjazd. Mówiąc krótko, filozofia „telewizor, meble, mały fiat” jest mi obca. A jaka jest mi bliska? Cytując klasyka- mnie się podobają rzeczy, które już raz widziałem. Jak na przykład Szosa Transfogaraska, której zdjęcia nie dawały mi spokoju..

W końcu nastał Ten Dzień. Śniadanko i ruszamy.
Po raz drugi mijamy Cartisoarę i wjeżdżamy w gęsty las. Wokół drzewa i góry, wijącą się drogą powoli nabieramy wysokości. Nagle przed nami wyrasta parking i stragany z pamiątkami. Takie Krupówki w rumuńskim wydaniu, w każdym razie robimy przerwę na fajkę. Nie kupuję nic, pozostając niewzruszony na regionalne dzieła sztuki. Emocje zostawiam na później. Ruszamy dalej przez las, aż zaczynam wątpić czy dobrze jedziemy. Nie ma się kogo spytać, więc nie mamy wyboru. Nagle las się kończy i..
Już to gdzieś widziałem! Tak! To Ona! Szosa T! Zatrzymujemy się na fotę i żeby uspokoić emocje. Jednak jestem bardziej wrażliwy na piękno natury niż myślałem. Próbuję sobie wmówić, że to tylko kawałek asfaltu do przejechania, ale legenda robi swoje. Wsiadamy na motocykle, wyjeżdżamy z lasu i przed nami otwiera się wielka dolina, po środku której wije się wstęga drogi. Zaczyna się, myślę i mocniej przytrzymuję kierownicę.. W takim stanie nie zdałbym na żadnym kursie, nie mówiąc o wykręceniu prostej ósemki. Lewo, prawo, prawo, lewo. Zakręty tak ciasne, że widzę tył swojego ST-eka. Dosyć, przerwa na fajkę. Strasznie się rozpaliłem w tych górach, na drugi raz poszukam spokojniejszych tematów. Jesteśmy w połowie wspinaczki, więc ruszamy dalej. Kiedy docieramy na szczyt pierwsza myśl, to wrócić i zrobić to jeszcze raz. A potem jeszcze raz. Ale rozsądek górą, mamy do przejechania jeszcze spory kawałek. Poza tym przed nami zjazd i kolejne emocje. Tymczasem pijemy kawkę w barze na szczycie, zostawiwszy sprzęty na parkingu przed tunelem. Przed nami fantastyczny widok na Jezioro Balea, które otulają Góry Fogarskie. Spotykamy dwóch Niemców, podróżujących na 30-to letnich motocyklach, pełnych autorskich patentów typu walizka zamiast centralnego kufra. Nie mówiąc o samych motocyklach, jak MZ 500 Rotax, który dzień wcześniej spadł właścicielowi na nogę powodując straszną opuchliznę. Jechał dalej. Niesamowici goście, pasjonaci podróży, cudacznie ubrani z tymi swoimi wynalazkami na dwóch kołach tworzyli na tym gór szczycie wrażenie, że jestem w jakiś bajce. Że to nie dzieje się naprawdę, bo nie może się dziać. A jednak, więc pora sprawdzić co jest za tunelem. Przejeżdżając prawie kilometr jesteśmy po drugiej stronie rozpoczynając zjazd. Za kolejnym zakrętem wpadamy w stado owiec, na szczęście jechaliśmy na tyle wolno, że zdążyliśmy wyhamować. Dalej poszło już bez niespodzianek, chociaż im dalej tym drogi mniej. Tzn jest, ale tak dziurawa, że omijając jedną wpada się w drugą. W efekcie jechałem przed siebie nie próbując walczyć z nawierzchnią, mając jedno marzenie- niech to się skończy. Tu słowa uznania dla FJR-y, patrzyłem jak radzi sobie z dziurami i byłem pod wrażeniem. Na tym odcinku zostałem daleko w tyle, więc podganiałem, gdzie tylko mogłem. Miejsce sprawiało wrażenie opuszczonego przez Boga, podła droga w środku pustego, gęstego lasu. Tak jakby przekraczając tunel wjeżdżało się do innego świata. Nie był to odcinek moich marzeń, więc byłem szczęśliwy, kiedy dojechaliśmy do cywilizacji- kolejnego miejsca dotkniętego ręką człowieka. Tym razem dotknięta została rzeka Argeş, w efekcie czego powstała potężna betonowa zapora i jezioro Vidraru. Widać ogrom pracy włożonej w to miejsce, a widoki okolicy jak i samej tamy po prostu zachwycają. Tuż obok, dla wytrwałych- do pokonania 1400 schodów do ruin zamku Draculi, mi osobiście wystarczył widok z dołu i zdjęcie Duki na tle zamku. Zwłaszcza, że na dole można pomachać motocyklistkom- tutaj szczególne pozdrowienia dla dwóch dziewcząt z Polski, dzielnie pokonujących kilometry na swoich maszynach.

Po zjeździe z Transfogaraskiej obraliśmy kierunek północ, dojeżdżając do trasy E-81, która miała nas doprowadzić do miasta Sibiu, miejsca ostatniego noclegu w Rumunii.
Tutaj kilka słów o samej E-81. Myślałem, że po tym, co tego dnia zobaczyliśmy, nic nie zrobi już na mnie wrażenia. A na pewno nie szosa, która jest tranzytową, europejską drogą przelotową. Jednak są takie odcinki, że widoki nie pozwalają skupić się na jeździe. Droga prowadzi wzdłuż rzeki Olt przez dobre kilkadziesiąt kilometrów, wąwozy, góry, rozlewiska- to wszystko powoduje, że nie sposób się tu nudzić nawijając kolejne kilometry. W ten sposób dotarliśmy do Sibiu, gdzie kilka kilometrów za miastem znaleźliśmy fajny hotelik. Bardzo dobre jedzenie, pokoje o wysokim standardzie i strzeżony parking- czego chcieć więcej. Pożegnanie z Rumunią miało mieć godną oprawę. Spełnieni po całym dniu jazdy w pięknych okolicznościach przyrody, udaliśmy się na spoczynek. Jeszcze tylko ostatni fajek i do łóżka. Wychodzę z pokoju, idę przez hol i restaurację na zewnątrz. Drzwi zamknięte, nikogo nie ma. A palić się chce. Szukam więc innego wyjścia, bo na terenie hotelu obowiązywał zakaz palenia. Schodzę piętro niżej, gdzie są pomieszczenia techniczne. Są drzwi, też zamknięte ale przynajmniej z kluczem w zamku. Obok jakaś kartka z numerem telefonu. Nie czytam po rumuńsku, więc po prostu otwieram drzwi i zadowolony idę na parking. Chcę popatrzeć na motocykle, które dały nam ostatnio tyle radości. Palę już drugiego, gdy nagle podbiegają do mnie dwa pieski. Nie, nie będę was głaskał, zarobiony jestem. Wtedy zjawiają się kolejne cztery, w tym dwa wielkości motocykli. Zaczynają coraz bardziej szczekać i widzę, jak się wzajemnie nakręcają. To ja już pójdę, pomyślałem i ruszyłem do drzwi. Zrobiłem krok, a kiedy chciałem zrobić drugi poczułem, jak coś wgryza się w moją łydkę. W tym samym momencie poczułem coś na plecach. Niestety nie było to miłe drapanie, tak samo, jak nie były to wypielęgnowane paznokcie. A szkoda, mogło być tak pięknie. Za chwilę nie miałem już bluzy, koszulki i spodni. Znaczy miałem, ale ich stan daleki był od stanu używalności. Może jakby pozszywać i zmyć krew? Nie, za dużo roboty a efekt niepewny. W każdym razie żarty się skończyły, a ja zacząłem wzywać pomocy. Do drzwi za daleko, zresztą już nie mogłem chodzić- cios w łydkę był zaskakująco skuteczny. Pojawił się ochroniarz parkingu, który odganiając bestie zaprowadził mnie w bezpieczne miejsce i zadzwonił po właściciela hotelu. Ten zjawił się natychmiast i kiedy zobaczył, co się stało kazał brać paszport i wsiadać do samochodu. Jak mam wsiadać, jak mi krew ciurkiem leci z nogi i z czego tam jeszcze? Jak nic pobrudzę skórzaną tapicerkę. Kręciło mi się w głowie, ale jak widać- myślałem całkiem rozsądnie. Szef chyba mniej, bo wciągnął mnie do samochodu i łamiąc wszelkie przepisy zawiózł do szpitala. Po drodze, kiedy wyjaśniłem powód mojej obecności na parkingu wytłumaczył, że na kartce było napisane nie wychodzić, bo na noc są wypuszczane psy. Strzegące parkingu, oczywiście. A jak ktoś musi wyjść, to jest telefon- dzwoni się do szefa a pieski są chowane. Procedura w sumie niezła, pod warunkiem, że się zna rumuński. Szef obiecał wprowadzić udoskonalenia, tymczasem ważna była jak najszybsza pomoc lekarska. Opowiedział o przypadku, kiedy po ugryzieniu przez psa, człowiek wykrwawił się w ciągu pół godziny zanim przyjechała karetka. Szef postanowił być szybszy niż śmierć, stąd ten pośpiech i brak troski o skórzaną tapicerkę. O szpitalu i szyciu nie będę opowiadał, wspomnę tylko o uroczej pani doktor, która starała się jak mogła złagodzić mój ból i cierpienie. Potem nieprzespana noc w hotelu i nieudana próba jazdy motocyklem. Nie byłem w stanie zmienić biegu, pod warunkiem, że jakimś cudem bym wsiadł i utrzymał równowagę. Musiałem zostać i zorganizować powrót do domu. I tu kolejny raz ogromne podziękowania dla Przyjaciół Ducatistów z Rzeszowa. O 9 rano zacząłem akcję powrót, dwie godziny później już byli w drodze.
Mogłem spokojnie zająć się szczepieniami, opatrunkami i całą resztą. Właściciel hotelu okazał się bardzo pomocny, dał mi nowe spodnie, zawiózł do prywatnej kliniki, wykupił lekarstwa i opatrunki, a co najważniejsze- pozwolił palić nie wychodząc z pokoju. Ważne, że pieski były szczepione i miały aktualne badania, więc mogłem spokojnie czekać na kumpli.
Pablo i Piter przyjechali wieczorem, by następnego dnia zapakować mnie do samochodu i ruszyć do Rzeszowa. Dziwne to uczucie- patrzeć na swój motocykl, którym obok jedzie Piter. Mam wrażenie, że jesteśmy w innych światach, chociaż na tej samej drodze. Niby te same kilometry, ale z fotela pasażera odbieram je inaczej- nie biorę udziału w tej zabawie, pozbawiony bodźców z zewnątrz bezmyślnie przemieszczam się z miejsca A do miejsca B. I spoglądając na Dukę przychodzi żal tych kilometrów, kiedy się jest tu i teraz, gdzie każda chwila jest najważniejsza bo jest prawdziwa. Bo powstała z zapachu, kurzu, wiatru, otoczenia i przeróżnych dźwięków- składników zawsze tych samych, a przecież zawsze innych. To sprawia, że ciągle dostaję coś nowego a droga nigdy nie jest taka sama. A czasami zaskakuje tym, dokąd prowadzi.
Jadąc do Rumunii byłem ostrzegany, żeby uważać na sfory bezpańskich psów, których jest mnóstwo na poboczach i w miastach. Faktycznie- jest ich bardzo dużo, siedzą sobie przy drogach albo biegają po ulicach. Raczej niegroźne, spokojne psiaki tyle, że wygłodzone i zaniedbane. Zgodnie z zaleceniami byliśmy ostrożni i nie szukaliśmy wśród nich przyjaciół. Ale kto mógł wiedzieć, że nie bezdomne a hodowane przez właściciela psy stróżujące będę pamiętał do końca dni swoich..

IMG_6584

IMG_6652

IMG_6661

IMG_6666

IMG_6671

Reklamy