Archive for the Suzuki DL 650 Category

Posted in Suzuki DL 650 on Marzec 5, 2015 by podrozemotocyklowe

Suzuki DL 650 V-Strom

Pora na prezentację nowego szpeja.
Trafił w moje ręce po krótkich, internetowych poszukiwaniach. Kiedy po raz kolejny przeczytałem „igła” dałem sobie spokój i kupiłem znany sprzęt od znajomego. Sprzęt, który brał udział w wyprawie do Władywostoku, pierwszej motocyklowej wyprawie z udziałem niepełnosprawnych motocyklistów. Prowadząc swój projekt „To nie koniec drogi” poznałem Arka, ale jeszcze wtedy nawet nie spojrzałem na jego DL-a. Były to czasy jedynej słusznej marki, hehe.
Co mogę powiedzieć o motocyklu po przejechaniu kilkuset km po Warszawie? Poręczny, zwinny, płynie po dziurawej nawierzchni, ale powyżej 140km/h szykuje się do lotu podnosząc dziób. Takie miałem wrażenie w porównaniu z Ducati, które kleiło się do asfaltu tym lepiej, im większa prędkość. Krótko mówiąc, zmiana przyzwyczajeń. Mniej dzidowania, więcej kontemplowania ptaków przyrody, czyli motocykl zgodny z moją obecną filozofią. Silnik pracuje jak w skuterze, nawet nie zachęca do odkręcenie manetki, dźwiękami jakie dochodzą do moich uszu wręcz zniechęca. Czasy przeróbek u Edka Edhausta mam za sobą, więc przyjmuję to na klatę. Motocykl nadrabia wygodą siedzenia, łatwością manewrowania i składania się w zakręty. Wyższe niż w innych szpejach, które ujeżdżałem, położenie moich czterech liter daje efekt zaskakująco radosny. Czuję się jak w Jeepie podniesionym o 2 cale mogąc patrzeć daleko przed siebie, siedząc wyprostowany jak wzorowy uczeń w pierwszej ławce szkolnej.
Motocykl kupiłem korespondencyjnie przez telefon, nigdy wcześniej nie jeżdżąc 650. Może teraz poszukałbym litra, ale daję sobie czas wiedząc, że najbliższy miesiąc w Maroko da mi odpowiedź. Porównując na szybko, mniejszym DL-em łatwiej manewrować, kontakt z Matką Ziemią mam zdecydowanie lepszy. Na dużym siedziałem jak primabalerina, która czubkami butów kontaktuje się z podłożem.
Stałem się adwenczerem, z tej radości dokupiłem adwenczerowy deflektor i mocowanie nawigacji. W międzyczasie trafiłem oryginalny V-stromowy tankbag, poznając przy okazji świetnego usera forum Sztormiakowców. Deflektor to zagadka, co jest warty okaże się lada moment, za to mocowanie nawigacji to ekstraklasa.
I na koniec mała zagadka. Dlaczego mój tyłek odziany w teksy jeździ sobie po kanapie, a odziany w motocyklowe dżinsy czy bojówki już nie?

 

DL2A

 

DL3A

 

Dodano 6.04.2015

Pierwsza podróż za nami. 3.600 km od Morza Śródziemnego, poprzez piaski Sahary aż do Oceanu Atlantyckiego. 10 dni, w czasie których przeżyłem „mój pierwszy raz” taki jak pierwszy off-road czy pierwsza gleba. V-Strom wszystko znosił dzielnie, na winklach sypał iskrami spod osłony silnika a przez górskie strumyki, szutry i kamienie szedł jak burza. Jedyne, czego nie lubił to prędkości powyżej 140km/h oraz obrotów silnika powyżej 6 tysięcy. W końcu to Sztormiak, nie Tornado, a 650 cm pojemności to nie litr. Praw fizyki Pan nie zmienisz! Zobaczmy więc, jak DL wypadł w nowych dla mnie okolicznościach przyrody:

GOPR6739560

1899558_448485138661149_9171573074649518268_o

IMG_9830

MVI_9822.MOV_20150405_185349.367

MVI_9752.MOV_20150405_183643.755

 

Na ostatnim zdjęciu mój „kierowca zastępczy”. Pierwszy dzień i od razu taka przeszkoda? Nie byłem przygotowany (czytaj- bałem się jak cholera), więc pierwszą kałużę zrobił za mnie bardziej doświadczony off-roadowiec. Kiedy pojawiły się kolejne strumyki, postanowiłem rzucić się na głęboką wodę dosłownie i w przenośni. Zamknąłem oczy, odkręciłem gaz i rzucając zaklęcia, których nawet najstarsi Marokańczycy nie znali (nie znajdziesz ich również w słowniku poprawnej polszczyzny) ruszyłem w nieznane. Zaklęcia dotarły chyba nie tam, gdzie powinny, bo nagle usłyszałem pytanie „Czemu głośno wołasz do mnie?”. Do siebie wołałem, dla odwagi, żeby pokonać własną słabość. Żeby przekonać się, że mogę. Żeby wreszcie nie skończyć jak Titanic, czy Costa Concordia. Z wodą nie ma żartów, a historia lubi się powtarzać. Właśnie!  Skoro lubi się powtarzać, to może by tak… Kałuża jakby nie patrzeć koloru czerwonego, może by się tak rozstąpiła przede mną? Chociaż na chwileczkę… I stało się! Przejechałem! Stanąłem na drugim brzegu i dumny z siebie ogarnąłem wzrokiem przestwór oceanu, który właśnie pokonałem. Czułem się jak Wiking, odpoczywający po trudach morskiej wyprawy. Wilk morski, Mojżesz, Latarnik, Stary człowiek i morze. I może! Jasne, że mogę, ale chwila… Co ja widzę??? Zdezelowany skuterek a na nim dwóch tubylców bez chwili wahania wpływa na mój szlak morski. Nie przerywając rozmowy załoga skuterka osiąga pełne zanurzenie machając nam przyjaźnie. Może jednak wołają o pomoc? Niestety. Już nawet na nas nie patrzą, zajmując się najważniejszą w tej chwili sprawą- nie zamoczyć klapek. Unosząc nogi na wysokość głowy, jakimś cudem nie tracąc przy tym równowagi płyną przed siebie. Dodając gazu osiągają brzeg, a mój z trudem zdobyty wodny świat zmienia się w Moje Waterloo. „Merde!”, lekcja otrzymana od miejscowych była początkiem przygód w tym magicznym świecie.

 

Reklamy