Archive for the World Ducati Week 2010 Category

WDW 2010- World Ducati Week

Posted in World Ducati Week 2010 on Sierpień 29, 2010 by podrozemotocyklowe

World Ducati Week to wielka Czerwona Planeta, która raz na trzy lata zrównuje się z Ziemią. Jest to sygnał dla wszystkich fanów marki Ducati, aby spotkać się na torze Misano we Włoszech. Zjeżdżają się tam motocykliści z całego świata, więc nie mogło tam zabraknąć klubu DOC Poland DesmoManiax.

Podróż zaplanowaliśmy na trzy etapy:

1. Spotkanie w Tresnej w Beskidzie Małym- ekipa zjeżdżała się z całej Polski, grill u kumpla potem nocleg w schronisku na Górze Żar

2. Przelot do granicy, potem Czechy i nocleg w Austrii, gdzie gospodarz przywitał ekipę Dukatów słynnymi słowami „Italienische kaka”

3. Z Austrii do Rimini, gdzie mieliśmy zarezerwowane pokoje w hotelu Laika, ok.25 km. od Misano.

Pierwszy etap zaczął się u przyjaciół w Jarocinie, dokąd dotarłem z Poznania, gdzie odbierałem motocykl z serwisu. Rano śniadanko i w drogę:

We Wrocławiu spotkaliśmy się z kumplem, który organizował wieczór w Tresnej i nocleg w schronisku.

Potem zwiedzanie okolicy, testowanie okolicznych winkielków, na koniec grill i nocleg w schronisku.

Następnego dnia ruszamy w stronę granicy. W międzyczasie wykrusza się jedna osoba- koleżanka jechała ze złamaną kostką- okazało się, że nie da rady jechać z nami 3000km. Pożegnanie na stacji benzynowej i jazda w stronę granicy. Zostaliśmy w składzie- cztery Monstery i dwa SBK- 999 S i 1198 S. Pogoda piękna, droga równa jak stół, grzejemy z prędkościami powyżej średniej krajowej.

W końcu granica. Wymieniamy złotówki, tankujemy i za chwilę jesteśmy na Słowacji. Drogi lepsze niż w PL- widać, że tutaj- zamiast dyskutować i kłócić się o przysłowiowy Krzyż- ludzie potrafią coś więcej.

Krótkie postoje na tankowanie i kawę i jesteśmy w Austrii. Po drodze spotykamy ekipę ze Słowacji, która również jedzie na WDW. Jak to miło spotkać Braci na Dukatach na obczyźnie.

(Spotkaliśmy ich kilka dni później na terenie zlotu. Wielka była to radość i rzuciliśmy się w ramiona jak starzy znajomi)

Bez większych problemów docieramy do pensjonatu w uroczym, alpejskim miasteczku, gdzie jesteśmy jedynymi turystami. Gospodarz, dziwnie patrząc na nasze motocykle wita nas słowami, które chętnie zacytuję po raz kolejny- „Italnische kaka”, uśmiechając się znacząco, kiedy prosimy go o narzędzia.

Tu wyjaśnię, że co wieczór wykonywaliśmy drobne prace przy motocyklach- a to mocowanie lusterka, a to czujnik stopu, a to pęknięty plastik- same urocze drobiazgi, będące okazją do wieczornego spotkania przy kawie pod roboczym tytułem „Ducati Meccanica”.

Kolejny dzień to znów jazda autostradą, tankowanie, kawa, posiłek. Jedziemy w sześć motocykli, kolumna porusza się w tempie 150-160 km/h do czasu…

Właśnie. Kiedy nitka autostrady zaczynała się wić, ostrzegały o tym znaki ograniczenia prędkości do 100km/h. Dla naszej „Sfory” był to znak do ataku! Do tej pory spokojnie jadąca grupa zmieniała się w stado głodnych wilków, które rzucały się na alpejskie winkle nie bacząc na żadne ograniczenia. Kiedy zakręty się kończyły, wracaliśmy do szeregu i dalej jechaliśmy w ustalonym porządku. Było to jakże miłe urozmaicenie długiej podróży.

Bez większych przeszkód, prowadzeni GPS-em docieramy na miejsce. Zakwaterowanie w hotelu, czyszczenie motocykli, kolejna kawa i jesteśmy gotowi na jutrzejsze spotkanie z Czerwoną Planetą.

Nie obyło się bez drobnych nieporozumień z uroczymi dziewczętami z hotelowej recepcji. Poprosiliśmy o pokój z widokiem na morze, ale kiedy zobaczyliśmy, że nie ma balkonu- natychmiast poprosiliśmy o zmianę- nie było gdzie zawiesić klubowej flagi, nie mówiąc o braku miejsca w pokoju. Poszedłem z jedną z dziewcząt wybierać odpowiedni pokój i kiedy skąpo ubrana, stanęła na stołku przy oknie w celu odsunięcia rolety stanąłem jak wryty- nie wiedziałem, czy to propozycja, czy po prostu normalne zachowanie południowców. Na wszelki wypadek nie zareagowałem i bez wahania zgodziłem się na pokój z jednym, podwójnym łóżkiem dla mnie i kolegi. Ale to nie był koniec. Kiedy zamówiliśmy kawę, na pytanie gdzie podać- odpowiedziałem, że w ogródku, przy motocyklach. Zdziwiona zapytała, czy te motocykle są takie ważne dla nas. Odpowiedziałem, że tak. A czy ważniejsze od dziewczyn- drążyła temat. Nie chcąc okazać się napalonym samcem odpowiedziałem, że ważniejsze. Zdziwiona jeszcze bardziej, bez słowa postawiła kawę i poszła. Za 10 minut wraca z koleżanką ubraną w krótką, niebieską sukienkę i klapeczki. Przedstawia nas i ponownie pyta, czy dalej motocykle są ważniejsze od dziewczyn. Nnnnoooo, to zależy- zaskoczony zacząłem się plątać, ale było już po wszystkim- klątwa została rzucona, o czym miałem się przekonać już wkrótce…

Poszliśmy na miasto. Widzę grupkę kilkunastu dziewcząt, więc bez zastanowienia mówię do kumpla- weź aparat, zrobisz mi fotę w otoczeniu lokalnych piękności. Zdążyłem podejść do nich i zanim wyjaśniłem o co chodzi- zostałem sam z bezradnie rozłożonymi rękami.

A kiedy wróciłem do hotelu i recepcjonistka zapytała, gdzie jest mój boyfriend doszedłem do wniosku, że pora zająć się wyłącznie motocyklami. Co zresztą stało się następnego dnia, kiedy ruszyliśmy do Ziemi Obiecanej…

Podróż motocyklami z hotelu na tor Misano to osobna opowieść. Na ulicach trwała nieustanna walka. Po jednej stronie barykady skutery- młoda dama w klapeczkach rozmawiająca przez telefon, wolną ręką kierująca skuterkiem w stylu zawodników MotoGP, dziadek w sandałkach i okularach jak denka od butelek, spotykany na każdych światłach w drodze na tor, ojciec z małym dzieckiem, który pokazywał nam drogę a którego nie mogliśmy dogonić.

Po drugiej stronie my- w pełnym rynsztunku na sportowych, litrowych motocyklach, mokrzy od potu, poruszający się z prędkością 30 km/h, bojący się śliskiego asfaltu i wszystkiego co się ruszało na drodze. Jadący pod prąd, uciekający przed Policją, gubiący co chwila drogę.. Odcinek 25km pokonywaliśmy ponad godzinę, patrząc na siebie oczami, w których oprócz błagania o litość nie było nic… Trudno się więc dziwić, że pewnego dnia nie wytrzymałem i zapakowałem się na tylne siedzenia WDWozu, czyli Lanosa, którym znajomi przyjechali do Misano. Nie powiem- była to najprzyjemniejsza podróż w życiu..

Z drugiej strony każda, nawet tak wyboista i pełna przeszkód droga warta była, aby dotrzeć na miejsce, gdzie Czerwona Planeta lśniła swym blaskiem- Ziemia Obiecana, Ziemia Dudniąca, Ziemia Klekocąca tysiącem suchych sprzęgieł- tor Misano. Po odebraniu identyfikatorów (jeden na rękę, drugi na motocykl) i przekroczeniu Bramy wjeżdżało się do innego Świata.

Nie będę pisał, co zobaczyłem- wszystko jest na filmie niżej. Opowiem za to, czego nie widać czyli np. mojego spotkania z Presidente wszystkich DesmoOwnersClubów Marco Rimondim.
Jeszcze w Polsce zostałem poproszony przez Bossa naszego DOCPoland o przekazanie pozdrowień i drobnych upominków, więc pierwsze co zrobiłem po zaparkowaniu motocykla to udałem się się na poszukiwania. Wcześniej jeszcze tylko rzut oka na zdjęcie Presidente, które miałem w komórce. Niski, drobny, w okularach- zanotowałem po raz kolejny w pamięci. Sprawdziłem, czy mam wszystkie gadżety i jestem gotowy..
Wchodzę do namiotu DOC, jesteśmy jedni z pierwszych, w namiocie nie ma jeszcze tłoku, więc spokojnie rozglądam się szukając Presidente. Niestety nie ma go. Podchodzę więc do głównego stołu, przy którym siedzi jakiś facet i pytam, gdzie mogę znaleźć pana Marco Rimondiego?
-To ja, w czym mogę pomóc? – słyszę odpowiedź..
Z niedowierzaniem wyciągam telefon, otwieram zdjęcie, po czym przykładam komórkę do twarzy Marco. Widzę, jak zdumiony otwiera usta, żeby coś powiedzieć ale nie rusza mnie to- misja trwa: najpierw identyfikacja, potem prezenty i dopiero mogę zacząć imprezę. Inni już zaczęli- kątem oka patrzę na salę i na ludzi, którzy mają ze mnie niezły ubaw.
W sumie trochę podobny- myślę i pokazuję Marco zdjęcie w telefonie. Zaczyna się śmiać- to dawne czasy, kiedy był piękny i młody. Tłumaczę, że to jedyne, jakie mam a sprawa ważna, bo pozdrowienia z DOC Poland. Po chwili rozmowy jesteśmy już dobrymi znajomymi, Marco to bezpośredni i przesympatyczny człowiek, który na temat Ducati wie chyba wszystko. Wymieniliśmy gadżety, dostaliśmy specjalne identyfikatory dla członków DOC a na koniec zaznaczyliśmy obecność Desmomaniaxów na specjalnej tablicy.
Wkrótce potem rozpoczęła się pod namiotem, trwająca 4 dni impreza, w której bawili się członkowie DOC-ów praktycznie z całego Świata. Na WDW spotkałem nawet Andrew z Australii, którego miałem okazję gościć w zeszłym roku podczas jego podróży Dukatem przez Europę.




Reklamy